W pierwszym meczu 31. serii gier niemieckiej ekstraklasy VfB Stuttgart pewnie wygrał na Mercedes-Benz Arena 4:1 z Werderem Brema. Wynik spotkania otworzyli co prawda goście, ale później strzelali już tylko gospodarze, a ich licznik zatrzymał się dopiero na czterech golach. Stuttgart jest coraz bliżej europejskich pucharów.
Ścisk w górnej części tabeli Bundesligi jest ogromny. Wystarczy jedno potknięcie bądź zwycięstwo, by przesunąć się o kilka pozycji w górę lub w dół. Na Mercedes-Benz Arena przyjechał Werder Brema. Podopieczni Thomasa Schaafa na wiosnę grają fatalnie, a od pięciu kolejek nie udało im się zanotować zwycięstwa. Zgoła inaczej wygląda sytuacja gospodarza tego spotkania. VfB Stuttgart to obok Borussii Dortmund najlepszy zespół rundy rewanżowej i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w przyszłym sezonie klub z Badenii i Wirtembergii będzie grać w Lidze Europy. Werder potrzebował zwycięstwa, potrzebował punktów, by wrócić do gry o puchary. Ale zdecydowanym faworytem pojedynku był oczywiście Stuttgart.

Początek spotkania w pełni pokrywał się z przedmeczowymi prognozami. Od pierwszych minut dominował Stuttgart i tylko kwestią czasu wydawały się bramki dla gospodarzy. Przez kwadrans bardzo aktywna na lewej stronie była dwójka Schieber – Molinaro. Zwłaszcza ten pierwszy co rusz stwarzał zagrożenie pod bramką Tima Wiese. W 18. minucie gospodarze mieli rzut wolny. Do piłki podszedł Hajnal, ale pomylił się o jakieś dwa metry. Chwilę później podopieczni Labbadii przeprowadzili ładną kombinację, lewą stroną w pole karne rywala wpadł Molinaro, ale dograł niedokładnie i obrońcy zdołali wybić futbolówkę.
Werder był całkowicie zdominowany i zamknięty na własnej połowie. Goście nie wyglądali na drużynę, która walczy o europejskie puchary. Ten zespół był raczej pogodzony z porażką. A Stuttgart dalej atakował. W 22. minucie miał miejsce kolejny stały fragment gry dla VfB. Tym razem piłka została rozegrana krótko, lewą nogą uderzył Schieber, ale poślizgnął się i Wiese pewnie wyłapał ten strzał. Pierwszy gol wisiał w powietrzu i czuli to wszyscy. Dlatego nikogo nie zaskoczyło, gdy w 26. minucie piłka w końcu zatrzepotała w siatce. Niespodzianką była jednak drużyna, która tę bramkę strzeliła – na prowadzenie wyszedł Werder. Wszystko zaczęło się od straty Molinaro, bremeńczycy ruszyli z kontrą, piłka została zagrana na prawą stronę do przebojowego Marina, a ten świetnie dograł wzdłuż linii bramkowej prosto na nogę Rosenberga, tego nie dało się nie strzelić. W ten oto sposób niespodziewanie Werder objął prowadzenie.
W ostatnich tygodniach to była norma, jeśli chodzi o Stuttgart – czyli tracimy pierwsi bramkę, a później ratujemy wynik. Dlatego zarówno Bruno Labbadia, jak i miejscowi kibice spokojnie przyjęli stratę gola. Jak się niedługo potem okazało, mieli rację. VfB potrzebowało zaledwie dziesięciu minut, by doprowadzić do wyrównania. Dobrze przy piłce utrzymał się Molinaro, później zagrał do Hajnala, a ten przedłużył do Gentnera. Pomocnik miał trochę miejsca i pięknie przymierzył z 20 metrów w samo okienko bramki Wiese. Kapitalne uderzenie i mieliśmy remis 1:1.








