Mariusz Stępiński po raz drugi wybiegł na boisko w podstawowym składzie Widzewa i odwdzięczył się trenerowi za zaufanie, strzelając zwycięską bramkę. Gol w meczu z Koroną to trzecie trafienie 17-latka w tym sezonie.

Przed spotkaniem obiecywaliście, że zrobicie wszystko, by trzy punkty zostały w Łodzi. Cel został osiągnięty, a zła passa przełamana.
Od początku wiedzieliśmy, że to będzie przede wszystkim mecz walki. Korona przyzwyczaiła nas swoimi występami w ekstraklasie do tego, że prezentuje bardzo ostry futbol. Nastawiliśmy się na to. Plus należy się na pewno za to, że nie pękliśmy, walczyliśmy tak jak przeciwnicy. Byliśmy bardziej zdeterminowani niż kielczanie. Wygraliśmy to spotkanie 1:0, ale myślę, że w naszym stylu gry jest jeszcze wiele do poprawienia. Cieszymy się z wyniku, ale nie spoczniemy na laurach.
W pierwszej połowie kielczanie domagali się rzutu karnego po faulu Phibela na Korzymie. Twoim zdaniem słusznie?
Takie gdybanie, czy był rzut karny czy go nie było, pozostawmy mediom. Gdy graliśmy z Lechią, Piotr Brożek dotknął piłki ręką i wydawało się, że też powinien być rzut karny dla nas, a sędzia tego nie gwizdnął. Poszło to w niepamięć. Myślę, że ta dzisiejsza sytuacja zostanie przeanalizowana przez sędziów i wyciągną z tego wnioski. Ja nie chciałbym tego oceniać.
Twoja bramka była znakomita, zachowałeś się wręcz po profesorsku. Przemyślałeś ten strzał czy uderzałeś intuicyjnie?
Wychodząc na boisko, zawsze chcę strzelić bramkę. Podkreśliłbym świetne podanie od Marcina Kaczmarka. Taka jest rola napastnika, żeby w polu karnym zachował się tak, jak najlepiej potrafi. Mnie się to udało, ta bramka dała nam zwycięstwo, tym bardziej mnie cieszy.
Nie zadrżała Ci noga podczas strzału?
W pierwszej chwili miałem trudną sytuację do uderzenia, widziałem, że Golański albo Malarczyk przygotowuje się do zablokowania mnie. W ułamku sekundy postanowiłem przełożyć piłkę na lewą nogę i udało się.











