Mariusz Stępiński zagwarantował Widzewowi zwycięstwo w meczu z Koroną Kielce. Gospodarze wygrali 1:0 i przełamali fatalną serię.
Już przed pierwszym gwizdkiem arbitra emocje sięgały zenitu. Spotkanie było dla obu drużyn bardzo ważne, ponieważ zarówno jedni, jak i drudzy nie byli zadowoleni z obecnego miejsca w tabeli. Przed tym meczem Leszek Ojrzyński musiał się sporo nagimnastykować, aby zebrać wyjściową jedenastkę, natomiast warto dodać, że trener gospodarzy posadził na ławce Mehdiego Ben Dhifallaha, a na boisku od pierwszych minut grał młody Mariusz Stępiński.

Spotkanie rozpoczęło się od badania terenu przez obie ekipy. W ich grze można było zauważyć sporo chaosu i niedokładności. W 15. minucie doczekaliśmy się emocji. Kaczmarek w pole karne wrzucił piłkę, która spadła wprost na nogę Stępińskiego. Niestety młody napastnik „Czerwonych” trafił tylko w bandy reklamowe.
Kilka sekund później Widzew uderzył po raz drugi. Bardzo ładnie, jak po sznurku, piłka wędrowała od nogi do nogi podopiecznych Radosława Mroczkowskiego, a szybkim podaniem został uruchomiony Princewill Okachi. Jego strzał był minimalnie chybiony i do 20. minuty w Łodzi było nadal bez bramek. O mały włos piłka wylądowałaby w siatce Dragojevicia. Rzut wolny wykonywał Paweł Golański, ale jego sprytne uderzenie nie znalazło drogi do bramki.
W 39. minucie mieliśmy już 1:0. Stępiński niczym rasowy napastnik minął jednego obrońcę, ze spokojem przymierzył i strzelił gola. Bramka była wysokich lotów i brawa w kierunku „Dzieciaka Mroczkowskiego” były w pełni zasłużone. Tym miłym akcentem sędzia, Adam Lyczmański, zakończył pierwszą połowę.
W drugiej części drużyny grały bardzo spokojnie. Czasami Widzew był ekipą lepszą, która przenosi ciężar gry na stronę rywala, a niekiedy to podopieczni Leszka Ojrzyńskiego próbowali zagrozić bramce „Czerwonych” i poszukać kontaktowego gola. Spadło tempo tego spotkania. Gospodarze skupili się na obronie i za wszelką cenę chcieli utrzymać prowadzenie. Bardzo nudne było drugie 45 minut i RTS zwyciężył 1:0.











