W środę odszedł Władysław Stachurski – były trener reprezentacji Polski i jedna z legend Legii Warszawa. Być może niewielu młodszych kibiców go kojarzy, więc postanowiliśmy przybliżyć nieco jego sylwetkę. A trzeba podkreślić, że jest o czym pisać, bo Stachurski sprawdził się w futbolu na wielu płaszczyznach.
Pochodził z Piotrkowic, małej miejscowości położonej nieopodal Kielc. Szybko przeniósł się do Warszawy, gdzie zaczął kopać piłkę w stołecznej Skrze. Zaczynał jako napastnik, o czym obecnie niewielu pamięta. Potem zakładał koszulkę kilku mniejszych klubów, jak: SHL Kielce, Sarmata Warszawa czy Warszawianka. W 1964 roku przeniósł się do Legii Warszawa i dopiero tutaj na dobre zaczęła się jego futbolowa kariera.
Pierwszy mecz w barwach „Wojskowych” Stachurski rozegrał 27 marca 1966 roku. Naprzeciwko naszpikowanej gwiazdami Legii stanęła wówczas Wisła Kraków. W stołecznym zespole grali wtedy Blaut, Żmijewski, Gmoch czy Apostel, zabrakło za to Brychczego, którego zastąpił właśnie Stachurski. Jednak mimo takiego składu mecz zakończył się bezbramkowym remisem. W tym sezonie młody napastnik zaliczył zaledwie pięć spotkań i chyba nie wiązano z nim zbyt wielkich nadziei, bo rok później nie grał w ogóle. Wrócił w sezonie 1967/1968, kiedy Legia została wicemistrzem Polski, lecz jego rola ograniczyła się do jednego występu. Nastąpiło to nieco z konieczności, wobec nieobecności Horsta Mahseliego trener Vejvoda musiał bowiem zaryzykować i postawić na pozycji obrońcy nominalnego snajpera. Opłaciło się, bo Legia w tym meczu gola nie straciła, ale popularny „Lacha”, jak później nazywali go koledzy z boiska, po tym spotkaniu znów zasiadł na ławce rezerwowych, na której mógł zapuścić korzenie.
W kolejnym sezonie było już zupełnie inaczej. Wyglądało to tak, jakby Stachurski przed sezonem wygrał miejsce w składzie podczas jakiejś loterii, bo wskoczył do niego od pierwszego spotkania i nie oddał go już nikomu. Jednak nie loteria, ale mecze o Puchar Intertoto zadecydowały o tym, że napastnik stał się obrońcą. Trener Vejvoda na pewno nie żałował tej decyzji, bo nie dość, że zyskał świetnego obrońcę, to jeszcze okazało się, że ma także znakomitego wykonawcę stałych fragmentów gry. 4 września 1968 roku w meczu z Wisłą Kraków Stachurski popisał się bombą z rzutu wolnego, która zupełnie zaskoczyła golkipera rywali. Później te bomby będą stałym schematem meczów Legii, lecz wtedy był to pierwszy z wielu pocisków, które będą regularnie dziurawić siatkę rywali. Dla Legii był to wyśmienity sezon, bo udało się jej wyrwać mistrzostwo kraju z rąk pozornie niezwyciężonego Górnika Zabrze. Rok później Legia nie tylko obroniła mistrzostwo, ale także pokazała się z dobrej strony w europejskich pucharach. Stachurski dotarł z tym klubem do półfinału Pucharu Mistrzów, w którym lepszy okazał się późniejszy triumfator – Feyenoord Rotterdam. W sezonie 1970/1971 legioniści oddali palmę pierwszeństwa Górnikowi Zabrze, ale w pucharach znów było ciekawie. Najpierw „Wojskowi” wyrzucili za burtę Goeteborg, który zapewne zapamiętał Stachurskiego ze względu na jego dwie bramki z rzutów wolnych. Następnie odprawili z kwitkiem Standard Liege, by w ćwierćfinale uznać wyższość Atletico Madryt, któremu 26-letni wówczas defensor również wpakował bramkę. Rok później było nieco gorzej, Legia spadła na najniższy szczebel podium, lecz Stachurski, niczym niezniszczalny grecki heros, niemal nie schodził z boiska przez cały sezon. Zszedł z niego w kolejnym sezonie, w meczu 14. kolejki z Lechem Poznań. W 32. minucie tego spotkania ośmiokrotny wówczas reprezentant Polski doznał poważnej kontuzji, z której powodu musiał opuścić boisko. Jak się później okaże, ta kontuzja oznaczała dla niego koniec kariery piłkarskiej.










