17 kilometrów – tyle dzieli Sunderland od Newcastle. 17 kilometrów otwartej wrogości, nienawiści i pogardy. Rywalizacja o prym nad rzekami Tyne i Wear trwa już przeszło 400 lat, a dziś rozpocznie się jej kolejny rozdział, czyli 156. derby północno-wschodniej Anglii.
Każdy, kto spłyca spór Geordies z Newcastle i portowców z Sunderlandu do futbolu, wykazuje się sporymi pokładami ignorancji. Chociaż dziś derby Tyne&Wear są rzeczą najważniejszą, to kamień węgielny pod wielowiekowy konflikt położono już w XVII-wiecznej Anglii. A z racji tego, że historia bywa nazywana matką przyszłości, spójrzmy za siebie, przenieśmy się na ogarnięte wojną domową Wyspy Brytyjskie, aby poznać genezę konfliktu, który w dzisiejsze popołudnie rozgorzeje po raz kolejny.
Historia kołem się toczy
Newcastle i Sunderland – miasta, w których od wieków kwitł handel, a z biegiem lat także przemysł morski. Na początku siedemnastego stulecia to ludność znad Tyne mogła się szczycić większymi wpływami wynikającymi z decyzji ówczesnej „ekipy rządzącej” w kwestiach handlu. Na skutek takich działań Newcastle stało się miastem bezgranicznie oddanym rodowi królewskiemu, z kolei Sunderland wciągnął na maszt piracką banderę i rozpoczął otwartą współpracę z antyrojalistycznym stronnictwem.
W 1644 siły z Tyneside i Wearside starły się w bitwie pod Boldon Hill, rzeki Tyne i Wear spłynęły krwią, jednak to siły przeciwne królowi, przybyłe z Sunderlandu, odniosły zwycięstwo. W tym wydarzeniu możemy szukać bezpośredniego odniesienia do ostatnich rezultatów na zielonej murawie – „Czarne Koty” ze Stadium of Light są niepokonane od siedmiu derbowych spotkań.
„To był maj…” – śpiewała niegdyś Maryla Rodowicz. I faktycznie, to był maj, konkretnie maj roku 1990. Newcastle mierzyło się z Sunderlandem – stawką był awans do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii. 26 tysięcy kibiców zgromadzonych na starym stadionie Roker Park i niewyobrażalne emocje w barażu o First Division. I znów lepsze okazały się „Czarne Koty”, a jako że nie dysponujemy nagraniem spod Boldon Hill, to ratujemy się obrazkami z tamtego, wspominanego z bólem i goryczą przez wszystkich Geordies, spotkania.
Ale żeby nikt nie zarzucił nam stronniczości i jawnego wspierania Sunderlandu, to warto przypomnieć także zwycięskie chwile Newcastle.
Wigilia roku, dość już odległego, 1898 – pierwszy ligowy mecz pomiędzy zespołami z Tyneside i Wearside. Pewnie dziś nazwalibyśmy ten mecz „meczychem” i nominowalibyśmy go do najlepszego spotkania w sezonie. Niestety, słuch po tym meczu zaginął, znany jest tylko wynik – 3:2 dla Geordies – zwycięzcą pierwszych, ligowych derbów, została, jakkolwiek źle to nie zabrzmi, ekipa z Newcastle.
Dość historii, dość polityki, dość odległych wspomnień. Wróćmy do teraźniejszości, przeanalizujmy to, co może wydarzyć się dzisiejszego popołudnia na St. James’ Park.
Sto milionów w puli
Widmo spadku zagląda w oczy zarówno piłkarzom Newcastle, jak i Sunderlandu. W gorszej sytuacji są popularne „Sroki”, które zajmują przedostatnie miejsce w tabeli angielskiej Premier League. Z kolei podopieczni Sama Allardyce’a nieznacznie wychylili głowy na powierzchnię i łapczywie łapią każdy nieskażony strefą spadkową oddech. Nie ulega jednak wątpliwości, że ci, którzy w niedzielne popołudnie zatryumfują, będą mieli ogromną przewagę psychologiczną przed nieuchronną walką o utrzymanie.












