Do meczu Wisły Kraków z azerskim Qarabagiem zasiadałem spokojny. Dla „Białej Gwiazdy” miała to być przeprawa z gatunku tych miłych, łatwych i przyjemnych. Bo i rywal niezbyt wymagający, i kadra zespołu coraz mocniejsza. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy młodziutki arbiter z Norwegii rozpoczął spotkanie. Na boisku nic nie wyglądało tak, jak sobie wyobrażałem.
Zestawiona na szybko linia obrony przypominała sapera, siedzącego na minie mogącej w każdej chwili eksplodować. Ale jakże mogłoby być inaczej, skoro bramkarz Jovanić i stoper Bunoza, którzy są z racji pozycji na boisku najbliższymi współpracownikami, poznali się chyba dopiero w szatni przed meczem. Jak można dobrze funkcjonować w defensywie po wymianie jedynie kurtuazyjnego „dzień dobry” w tunelu prowadzącym na murawę? Zresztą wspomniani przeze mnie panowie nie tylko w duecie stwarzali zagrożenie dla Wisły. Tak, dla Wisły – tej, do której bramki dostępu powinni bronić. Przez wielu zaocznie okrzyknięty po meczach poprzedniej rundy najlepszym bramkarzem ligi Jovanić mylił się co chwila. Niepewnymi wyjściami raz za razem podnosił ciśnienie Henryka Kasperczaka i lał miód na serce Mariusza Pawełka, czekającego już pewnie na powrót między słupki.

Inną zagadką jest Gordan Bunoza – mierzący prawie dwa metry zawodnik, który boi się wyskoczyć do pojedynku główkowego? Rzecz niesłychana. Zwłaszcza, że napastnikom azerskim bliżej było do Leo Messiego (oczywiście wzrostowo) niż do Didiera Drogby. Bunoza przypominał trochę Radka Kałużnego, walczącego z reprezentantami Korei na mistrzostwach świata w 2002 roku. Nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, że to nie jest komplement. Zresztą paniczny strach do uderzania piłki głową to niejedyny zarzut, jaki można mieć do nowego stopera Wisły. Brak zrozumienia z kolegami jeszcze można wytłumaczyć. Ale nieumiejętność zagrania piłki do zawodnika innego niż ten, który jest najbliżej, to już chyba za dużo, jak na piłkarza kosztującego 400 tys. euro oraz, podobno, będącego przedmiotem starań innych europejskich klubów(!).
Pozostali defensorzy Wisły chyba nie chcieli sprawiać nowemu koledze przykrości i równali do jego poziomu. Przodował w tym zwłaszcza Piotr Brożek. Jego grę można opisać na sto różnych sposobów, ale niestety żaden z nich nie nadaje się do publikacji. Przypominał on dziecko błądzące we mgle, a poziom jego uprzejmości wobec rywali z każdą minutą wzrastał. Na początku meczu obrońca Wisły bezproduktywnie wybijał do przodu każdą trafiającą do niego piłkę. Później postanowił jeszcze bardziej ułatwić grę rywalom i gdy tylko futbolówka znalazła się pod jego nogami, natychmiast oddawał ją do najbliższego Azera. Ot, krakowska gościnność. Szczytem kurtuazji była 69. minuta, kiedy Brożek do spółki z Jovaniciem zapewnili zwycięstwo gościom. Tylko trochę lepiej wyglądała gra pozostałej dwójki defensorów „Białej Gwiazdy”, dlatego na ich występ spuśćmy zasłonę milczenia.











