Sobotnie spotkania w portugalskiej Superlidze miały udowodnić nam, jak zdecydowanie do walki o mistrzostwo będą zmierzać ligowi faworyci z Bragi i Lizbony. Jak się później okazało, przedmeczowe zapowiedzi można włożyć między bajki.
Vitoria Setubal – Sporting Braga
Wiało nudą
W pierwszym dzisiejszym spotkaniu rozgrywanym w ramach drugiej kolejki portugalskiej Superligi Vitoria Setubal zremisowała ze Sportingiem Braga 0:0. Kibice zgromadzeni na Estadio do Bonfim byli świadkami meczu pełnego walki i zaangażowania jednych i drugich.Za faworytów uważano zespół gości prowadzony przez Domingosa, który w pierwszej serii gier gładko ograł Portimonense 3:1.
Pierwsza połowa to wzajemne sprawdzanie się obydwu drużyn. Nikt nie chciał bramki stracić, ale i o jej strzelenie było bardzo trudno. Piłkarze obydwu zespołów zostawili na boisku sporo zdrowia. Praktycznie od początku do końca trwał festiwal ostrych spięć w środku pola. Niekiedy na murawie pojawiali się nawet noszowi, którzy musieli z niej usunąć zwijających się z bólu zawodników.
W drugiej odsłonie lepsze wrażenie sprawiali zawodnicy gospodarzy, którzy byli bardziej zdecydowani niż faworyzowani goście. W ostatnich minutach to jednak piłkarze z Bragi zdecydowanie zaatakowali. Na ich nieszczęście, a także na nieszczęście kibiców, którzy chcieli zobaczyć w tym spotkaniu jakieś bramki, strzały Paulo Cesara i reszty mijały bramkę bądź były świetnie bronione przez golkipera gospodarzy.
Nacional de Madeira – Benfica Lizbona
Bezradny faworyt
Goście, którzy przed tygodniem nieoczekiwanie doznali goryczy porażki, chcieli tym razem pokazać swoją klasę i udowodnić wszystkim niedowiarkom, że mimo odejścia do Realu Madryt Angela di Marii, potrafią nadal zwyciężać. Dla zespołu gospodarzy każdy inny wynik niż porażka wydawał się sukcesem, bo przecież na Estadio de Madeira przyjechała jedna z najbardziej uznanych firm w Portugalii.
W pierwszej połowie nie zobaczyliśmy ani jednej bramki. Jest to fakt o tyle smutny, że w pierwszej serii gier padało tylko około gola na mecz. Jeżeli dodać do tego bezbramkowy remis w Setubal, rysuje nam się obraz ligi, która nie jest już tak samo widowiskowa, jak jeszcze jakiś czas temu. Jedynym ważnym do odnotowania faktem były żółte kartki dla piłkarzy obydwu ekip: Mihelica i Pereiry.
Po przerwie gospodarze ruszyli do ataku, co przyniosło efekt w postaci gola zdobytego w 50. minucie przez Alberto. Zdruzgotanym kibicom z Lizbony pozostało czekać na przebudzenie swoich ulubieńców. Jednak to gospodarze mieli więcej powodów do radości, bo w 67. minucie na 2:0 podwyższył Sa. Stadion oszalał, a od Benfiki coraz bardziej oddalały się pierwsze ligowe punkty. Po tym golu piłkarze „Orłów” opadli z sił i wyglądali tak, jakby zupełnie przestali wierzyć w szansę na korzystny rezultat. Nacional zaś kontrolował grę, wyraźnie podbudowany prowadzeniem z jedną z najbardziej cenionych drużyn w lidze. Rozluźnienie gospodarzy wykorzystał w 90. minucie Martins, który zdołał umieścić piłkę w siatce.










