Gdyby Ireneusz Jeleń wykorzystał rzut karny, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Nie wykorzystał. Zamiast zostać bohaterem stał się więc największym przegranym tego spotkania. Wygrany był Bartosz Ślusarski, który strzelił dwa gole, dzięki którym Lech wzbogacił się o trzy punkty.
Przyszedł Jeleń, przyszedł Sasal, a Podbeskidzie jak było słabe, tak jest słabe. W meczu z Lechem trzy punkty dla bielszczan wróżyli chyba tylko hurraoptymiści, a i to po porządnej dawce środków halucynogennych. Remis z trzecim zespołem ekstraklasy byłby szczytem marzeń, choć tak naprawdę niewiele pomógłby ekipie Marcina Sasala w tabeli.

Bielszczanie zaczęli agresywnie, lecz sędzia szybko utemperował ich zapędy, karząc Byrtka żółtą kartką za faul na Linettym. Potem wszystko wróciło do normy, bo właśnie taką miała być przewaga Lecha. Nic jednak z niej nie wynikało, poza kilkoma akcjami, które nie zostały wykończone strzałem. Ciekawie zrobiło się dopiero w 16. minucie, ale nie za sprawą ofensywnych popisów, a z powodu konieczności zmiany. Kilka minut wcześniej Ubiparip zderzył się z jednym z rywali, przez chwilę próbował grać, ale ostatecznie powiedział pas. W jego miejsce na boisku pojawił się Tonew.
Po 20 minutach zrobiło się nerwowo. Grający wyjątkowo na pozycji środkowego obrońcy Ceesay popełnił prosty błąd, wybijając piłkę wprost pod nogi Ziajki, lecz ten nie wykorzystał prezentu. W rewanżu niefortunnie interweniował Pietrasiak, jednak jego błąd w porę naprawił Zajac. Lech w końcu ruszył do ataku i szybko okazało się, że defensywa bielszczan jest warta niewiele więcej niż domek z kart. Najpierw łatwo z obroną rywali poradził sobie Tonew, ale sytuację wyjaśnił Zajac. Potem defensorzy gospodarzy zupełnie zapomnieli o kryciu i w efekcie Ślusarski zdobył jedną z najłatwiejszych bramek w karierze. „Ślusarz” po chwili mógł strzelić drugiego gola, ale w pozornie oczywistej sytuacji dał się ubiec bramkarzowi rywali.
Radość poznaniaków trwała krótko, lecz trzeba przyznać, że sami na to zapracowali. W 34. minucie bielszczanie bardzo szczęśliwie, ale zdołali zdobyć bramkę wyrównującą. Piłka krążyła gdzieś pomiędzy piłkarzami „Górali”, choć wydawało się, że tymi zagraniami rządzi przypadek. Akcję wykończył Demjan, który przepchnął zagubionego Ceesaya i skierował piłkę do siatki obok bezradnego Buricia. Od tego momentu mecz zaczął się od nowa, ale jeszcze zanim zakończyła się pierwsza połowa, zakończył się on dla Dariusza Pietrasiaka. Obrońca Podbeskidzia przegrał pojedynek biegowy z Lovrencicsem, jednak zgodnie z zasadą: „piłka może przejść, ale zawodnik nie” powalił go na ziemię. Efekt – czerwona kartka.












