Pojedynki pomiędzy Wisłą i Cracovią zawsze rządzą się swoimi prawami. To niby wytarty frazes, ale naprawdę tak jest. Ile razy zdarzyło się, że „Pasy” miały potężny kryzys, nawet leciały z ligi, ale derbowy mecz u siebie potrafiły wygrać? Jak często Wisła po dłuższym przestoju przełamywała się właśnie w derbach?
To pytania czysto retoryczne, każdy śledzący starcia między „Białą Gwiazdą” i „Pasami” wie, ile walki, agresji, determinacji było zawsze w starciach po którejś ze stron krakowskich Błoń. W piątek po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zmienił się faworyt – tym razem wyraźnym była Cracovia, wcale nie z powodu gry na stadionie przy ulicy Kałuży. W ostatnim czasie spisuje się po prostu o wiele lepiej od bardziej utytułowanego rywala. Jednak Wisła postawiła mocny opór i dała radę meczu nie przegrać.
Każdy z oglądających to widział, więc nie ma sensu przypominać. Dzisiaj chcę powiedzieć o czymś innym. O poziomie. Od dawna znany był termin „piłka krakowska” to taka stara, polska „tiki-taka” w nieco zmodyfikowanym wydaniu. Dużo podań, akcje bardzo zespołowe, jednak przeprowadzane na dużym tempie – szybkie. Były raczej domeną Wisły, Cracovia w ostatnich latach nie miała odpowiednich wykonawców. Teraz niby też wybitnych techników wielu nie ma, ale akcje „Pasów” mogą się podobać.
I właśnie. Wczoraj spotkały się dwie drużyny, które dodały do siebie walkę, determinację, zaangażowanie (jeden za wszystkich i tak dalej…) i odważne próby rozstrzygnięcia meczu na swoją stronę. Lepiej prezentowała się Cracovia, jednak pewność siebie spowodowana ostatnimi wynikami robi swoje, ale i kibice Wisły nie mogą narzekać. W porównaniu do meczu z Górnikiem Zabrze zobaczyli spory progres. Bramki padły po błędach indywidualnych – te zawsze można ograniczać, ale zdarzać się będą zawsze (weźmy pod uwagę prestiż spotkania). Jak widać nawet weteran Głowacki raz na trzy lata popełni katastrofalny błąd.
https://youtu.be/opb_cbHl4js
Teraz do meritum. Krakowska piłka przeżywa swoje problemy. Nie ukrywajmy, to trudne lata dla stolicy Małopolski. Mieszkańcy grodu Kraka przyzwyczaili się w ostatnich dwóch dekadach do ciągłego bycia na szczycie. Obserwowanie osuwającej się w odmęty ligowej szarzyzny Wisły nie jest przyjemnym widokiem. Wczorajszy mecz był dla nich niczym powiew czystego powietrza, odprowadzający z miasta ten potwornie uciążliwy smog. Kibice Cracovii też zaczynają oddychać spokojniej – nie zanosi się na kolejny rok upokorzeń, tak grająca drużyna nie ma prawa drżeć o utrzymanie.
Może być tak (to nawet prawdopodobne), że wspaniałe widowisko stworzone w meczu derbowym to ostatnie siły tej Wisły, która sprzeciętniała przecież do reszty. Może być tak, że Cracovia w końcu potknie się raz, potem drugi, potem znów. Wrócą demony ostatnich lat, jedynym w pełni zdrowym klubem z Małopolski w ekstraklasie będzie Nieciecza (to jednak mniej prawdopodobne), ale jedno się nie zmieni. „Piłka krakowska” zawsze będzie krakowska. Nie do skopiowania. Bez niej ekstraklasa bezpowrotnie straciłaby blask.











