Kompromitująca domowa porażka w derbach z Zagłębiem Lubin. 19-latek mijający obrońców Śląska Wrocław niczym tyczki slalomowe. Niewykorzystany rzut karny i gra bez pomysłu. Do tego dziwne wypowiedzi pomeczowe trenera i zawodników o kontrolowaniu meczu. Tak, meczu, który przegrali 0:3. Na sam koniec… stadion Tarczyński Arena świecący w barwach rywala zza miedzy. Mecz otwierający rundę wiosenną PKO Ekstraklasy w wykonaniu wrocławian jest obrazem całego klubu. Prezydent miasta, prezesi oraz dyrektor sportowy zapewniają wszystkich, że w klubie wszystko jest stabilne. Wystarczy jednak trochę dokładniej się temu wszystkiemu przyjrzeć. Gołym okiem można zobaczyć, że Śląsk Wrocław jest znaczniej bliżej spotkania się z podłogą niż z sufitem.
– Zespół miał bardzo dobrze zorganizowany okres przygotowawczy. Wszystko zostało przemyślane, zaplanowane i wykonane tak, jak tego chciał trener Ivan Djurdjević – takiej wypowiedzi przed meczem z Zagłębiem Lubin udzielił telewizji klubowej dyrektor sportowy Śląska Wrocław Dariusz Sztylka przed rozpoczęciem drugiej połówki sezonu.
– Należy pamiętać, że przed sezonem odeszło od nas wielu doświadczonych zawodników. Zastąpiliśmy ich częściowo zawodnikami równie doświadczonymi, ale w dużej mierze zaczęliśmy także korzystać z piłkarzy drugiej drużyny. W naszym przekonaniu, i to przekonanie popiera także trener Djurdjević, dokonywanie kolejnych korekt nie jest w tej chwili naszym priorytetem – dodawał prezes klubu Piotr Waśniewski.
Zimny sobotni wieczór na Tarczyński Arenie we Wrocławiu brutalnie zweryfikował te słowa. Zresztą już od dłuższego czasu można zauważyć, że we Wrocławiu rzeczy przemyślanych i wykonanych jak należy jest naprawdę niewiele, a Śląsk Wrocław, zamiast się rozwijać, pogrąża się w bylejakości.
Lewa obrona błaga o litość
Zarówno prezes, jak i dyrektor sportowy upierają się przy tezie, że kadra jest zrównoważona i nie trzeba dokonywać korekt. Dodają, że popiera ich w tym trener Djurdjević. Popiera, bo co innego ma zrobić? Musi grać tym, co dostarczą mu prezes z dyrektorem sportowym. Tymczasem każdy średnio zorientowany kibic we Wrocławiu doskonale wie, że tej kadrze brakuje zarówno ilości, jak i jakości. Najlepszym przykładem jest tutaj lewa obrona obsadzona przez beznadziejnego Victora Garcię. Na zmianę ma młodego Oliwiera Wyparta, który nie rozegrał nawet minuty na poziomie ekstraklasy.
Jest też Patryk Janasik, który nawet na swojej nominalnej prawej obronie jest piłkarzem mocno przeciętnym, więc nie można oczekiwać, że będzie lepszy, kiedy gra po drugiej stronie boiska. Po odejściu Dino Stigleca obsadzenie lewej obrony kimś choćby zbliżonym umiejętnościami do Chorwata powinno być jednym z priorytetów. Włodarze Śląska uznali jednak, że takiej potrzeby nie ma, czego następstwem jest dziewiętnastolatek z Lubina, który właśnie po tej lewej stronie Śląska objeżdża jak amatorów Garcię, Verdascę, jeszcze raz Garcię, po czym wchodzi w pole karne jak po swoje, obrabia jeszcze Poprawę i pakuje piłkę do siatki.











