Mecz 27. kolejki Ekstraklasy pomiędzy wrocławskim Śląskiem a PGE GKS-em Bełchatów był nie lada ucztą dla kibiców. Do przerwy goście prowadzili 2:1, aby przegrać ostatecznie mecz 2:4.
Pierwsi dali o sobie znać bełchatowianie, którzy groźnie wyglądali przy stałych fragmentach gry. Najpierw Kelemena zaskoczyć próbował w 2. minucie spotkania Cetnarski, który ładnie przymierzył z rzutu wolnego, ale na nieszczęście gości golkiper Śląska popisał się świetną paradą. Kolejna akcja to rzut rożny po interwencji słowackiego bramkarza gospodarzy, jednak Mysiak nie potrafił z kilku metrów skierować piłki głową do siatki.

Mimo groźnych dwóch akcji, to Śląsk objął prowadzenie po dziesięciu minutach, kiedy w obrębie własnego pola karnego Drzymont zagrywał piłkę ręką. Mila podszedł do „jedenastki” i pokonał bez problemów Sapelę. PGE GKS Bełchatów odpowiedział bardzo szybko, bo niespełna pięć minut później Żewłakow zamienił dobre dośrodkowanie Fonfary i pokonał Kelemena.
Po pół godzinie gry w polu karnym gospodarzy upadł Nowak, sygnalizując faul Łukasiewicza, jednak można śmiało przyznać, że faulu nie było, a napastnik gości po prostu wpadł niefortunnie w pomocnika Śląska. Bełchatowianie po raz pierwszy w tym meczu wyszli na prowadzenie w 39. minucie spotkania. Nowak wbiegł w pole karne przy asyście Pawelca, ale doświadczenie strzeleckie podopiecznego trenera Bartoszka dało o sobie znać.
Po zmianie stron wrocławianie rozpoczęli z wysokiego „c”, zdobywając dwie bramki w dwie minuty. Rozpoczęło się od indywidualnego rajdu Gancarczyka na prawej stronie, który dośrodkował piłkę głęboko na piąty metr, a Szewczuk znakomicie wykorzystał podanie kolegi z zespołu. Tym sposobem w 51. minucie wynik był już remisowy, a nie utrzymał się zresztą zbyt długo.

Kilkanaście sekund później anemiczną wymianę podań między Laciciem a Drzymontem wykorzystał Diaz, który przejął piłkę i ruszył w stronę Sapeli. Argentyńczyk oddał strzał ze skraju pola karnego i bez problemów płaskim uderzeniem pokonał bramkarza gości. Warto odnotować, że zdobywca bramki zameldował się na placu gry po przerwie, od razu wpisując się do protokołu meczowego.











