W rewanżowym spotkaniu półfinału Pucharu Polski Śląsk wygrał z Wisłą 3:2. Podopieczni trenera Levy’ego udowodnili swoją wyższość i potwierdzili, że zwycięstwo we Wrocławiu nie było przypadkowe. Bohaterem został Sebastian Mila, który strzelił gola i dwa razy asystował.

Spotkanie półfinałowe rozpoczęło się od nietypowej sytuacji. Tuż przed pierwszym gwizdkiem niedyspozycję zgłosił wyszydzany przez wielu kibiców Daniel Sikorski, którego już w 1. minucie zastąpił Rafał Boguski. Mimo tego zamieszania to Wisła ruszyła do ataku, ale piłkarze gospodarzy nie potrafili przełożyć tego na bramki. W grze wiślaków brakowało precyzji, szczególnie przy dośrodkowaniach, a większość ich akcji kończyła się jeszcze przed polem karnym Śląska. I gdy wydawało się, że Wisła musi w końcu udokumentować swoją przewagę, do głosu doszli podopieczni trenera Levy’ego. A jeśli strzela Śląsk, to wiadomo, że po stałym fragmencie. 23. minuta – Mila centrował z rzutu wolnego, w polu karnym odnalazł się Stevanović i głową umieścił piłkę w siatce. Prowadzenie gości długo nie trwało, bo cztery minuty później było już 1:1. Wszystko za sprawą Cezarego Wilka, który ładnym strzałem zza pola karnego posłał futbolówkę obok Gikiewicza.
Od tego momentu mecz się znacznie ożywił. W 33. minucie dryblował Boguski, ale w dobrej sytuacji uderzył tuż obok słupka. Chwilę później zrewanżował się Mouloungui, który wykorzystując gapiostwo defensywy „Białej Gwiazdy”, wyszedł sam na sam z Pareiką, ale górą w tym pojedynku był Estończyk. Golkiper Wisły interweniował jeszcze raz 60 sekund później, gdy Ćwielong postraszył go zgrabnym wolejem. Tuż przed przerwą aktywny Boguski mógł dać swojej drużynie prowadzenie, ale po raz kolejny strzelił minimalnie niecelnie. Chwilę po tej akcji sędzia Raczkowski zakończył pierwszą połowę, na którą nie mogliśmy narzekać. Działo się dużo, szczególnie w końcowym kwadransie. Lepsze wrażenie sprawiała Wisła, ale zabrakło wykończenia przy dwóch strzałach Rafała Boguskiego.

Po wyjściu na drugą część meczu Wisła groźnie zaatakowała, ale Boguski okazał się za wolny w starciu z obrońcami Śląska i uderzył bardzo niecelnie. Piłkarskie porzekadło mówi, że niewykorzystane sytuacje się mszczą – i nie inaczej był w tym przypadku. Kolejna asysta Mili, Sobota wyszedł sam na sam z Pareiką i sprytnym płaskim strzałem dał gościom prowadzenie. W tym momencie „Biała Gwiazda” była w fatalnym położeniu. W 56. minucie mogło być już 1:3, ale Sebastianowi Mili lepiej wychodziło w tym meczu podawanie niż strzelanie. Później tempo spotkania stało się nieco wolniejsze, a trener Kulawik starał się ożywić grę swojej drużyny, wprowadzając na boisko Kosowskiego i Iliewa. I to właśnie Bułgar w 68. minucie popisał się doskonałym mocnym uderzeniem w długi róg bramki. Ten gol zwiastował emocje.











