Śląsk Wrocław nie dał szans Lechowi Poznań i po 16 latach udało mu się wygrać na poznańskim stadionie. Bramki dla mistrza Polski zdobywali Ćwielong, Sobota i Diaz.

Pierwsze minuty meczu nie zachwyciły. Obie drużyny grały ostrożnie i nerwowo. Przez pierwsze dziesięć minut nie zobaczyliśmy żadnej groźnej akcji. Piłkarze generalnie stali w miejscu. Tylko zawodnik, który był w danej chwili przy futbolówce, wykonywał jakiś bieg, z reguły szybko się kończący. Stadion ożywił się w 11. minucie, kiedy Mila zagrał piłkę po ziemi do Ćwielonga a ten… nie trafił w futbolówkę. Chwilę później w końcu zobaczyliśmy akcję, która mogła się zakończyć bramką. Sobota wszedł w obręb pola karnego i jednym prostym zwodem minął Henriqueza. Niestety dla kibiców „Wojskowych” jego strzał minimalnie minął bramkę pilnowaną przez Kotorowskiego.
Poznaniacy również się trochę obudzili. Po szybkiej kontrze Ślusarski zagrał do Murawskiego, który szukał rzutu rożnego. Nie udało mu się to, więc od bramki rozpoczął Kelemen. Kilka minut później wrocławianie wyszli na prowadzenie! Sobota świetnie się odnalazł na lewej stronie i dobrze dośrodkował na piąty metr. Tam fatalny błąd popełnił Kotorowski, który wyszedł z bramki i minął się z piłką. Ostatecznie do pustej bramki futbolówkę głową wbił Diaz.

Kolejne minuty znowu nie porywały. W 39. minucie ciekawie spróbował Sebastian Mila. Technicznym strzałem sprzed pola karnego próbował zaskoczyć Kotorowskiego. Lech wyraźnie rozgrywał przeciętny mecz. Do przerwy można było coś pozytywnego powiedzieć o Tonewie. I to chyba tyle. Całkowicie nieobecny był Drewniak. Oczywiście Śląsk również nie rozgrywał fenomenalnych zawodów. Jednak na tle „Kolejorza” wyglądał dobrze.
Trener Rumak widział, że jego drużyna w ogóle sobie nie radziła w pierwszej połowie, i w przerwie przeprowadził aż dwie zmiany. O dziwo, zdjął dobrze wyglądającego Tonewa, którego zastąpił Możdżeń, oraz w miejsce Drewniaka wstawił Bereszyńskiego. Ale nie pomogło to Lechowi, o czym brutalnie przekonał się już po dziesięciu minutach. Najpierw wspaniały gol z dystansu Waldka Soboty, a zaledwie dwie minuty później wynik na 3:0 podwyższył Piotr Ćwielong po fatalnym błędzie obrony.












