W ostatnim spotkaniu 10. kolejki T-Mobile Ekstraklasy Pogoń Szczecin na własnym stadionie uległa Śląskowi Wrocław 0:3. Spotkanie nie stało na wysokim poziomie. Aktualni mistrzowie Polski wykorzystali stałe fragmenty gry i mogą cieszyć się ze zdobytych trzech punktów.
W przeciwieństwie do niedzielnego meczu Lechii z Legią spotkanie Pogoni ze Śląskiem odbywało się na znakomicie przygotowanej murawy. Początkowe minuty zdecydowanie należały do aktualnych mistrzów Polski. W 2. minucie kombinacyjną akcję bardzo niepewnie na rzut rożny wybijał Emil Noll. Minutę później w sytuacji sam na sam znalazł się Mila. Strzał kapitana Śląska zdołał obronić Pernis, a dobitka Gikiewicza z linii bramkowej została wybita przez obrońcę Pogoni. To było pierwsze ostrzeżenie podopiecznych Stanislava Levgo.

„Portowcy” obudzili się po dziesiątej minucie. Po ładniej wymianie piłki przez gospodarzy strzał z pola karnego oddał Akahoshi. Japończyk zrobił to zbył słabo i niecelnie. Po paru chwilach Akahoshi ponownie strzelał. Tym razem celnie, lecz na posterunku był bramkarz. W dalszym ciągu przewagę mieli goście. Szczególnie dobrze wyglądała gra Śląska po lewej stronie, gdzie grał Patejuk i Spahić. I to właśnie w 27. minucie po rajdzie Patejuka z woleja uderzał Mila. Pozycja była na tyle trudna, że rozgrywający Śląska przeniósł piłkę wysoko nad bramką.
W ostatnich minutach pierwszej części meczu nieco ożywili się „Portowcy”. Rzut wolny wykonywał Edi, a bardzo blisko trącenia piłki był Emil Noll. Gospodarze przeprowadzili jeszcze kilka akcji, jednak były one bardzo niedokładnie. W doliczonym czasie po rzucie rożnym Mili strzał głową oddał Gikiewicz, jednak bardzo niecelne. Podsumowując pierwszą połowę, należy stwierdzić, że lepiej prezentowali się zawodnicy Śląska. Nie jest to jednak pozytywna ocena, ponieważ gracze Pogoni byli tak beznadziejni, że ciężko było grać gorzej. Po pierwszej odsłonie meczu na tablicy świetlnej widniał bezbramkowy remis.
Drugą połowę lepiej rozpoczęli gospodarze. Bardzo aktywni był Akahoshi. W 47. minucie z rzutu wolnego uderzał Brazylijczyk. Część kibiców widziała już piłkę w siatce. Niestety dla nich była to tylko boczna siatka. W 56. minucie „Portowcy” oddali dwa groźne strzały. Najpierw strzał Hricki odbił się od… klatki piersiowej Gikiewicza, kilka sekund później Budka uderzył tuż obok lewego słupka bramki Śląska. Po 180 sekundach sam przed bramką gości znalazł się rezerwowy w tym meczu Budka, ale dużym refleksem popisał się golkiper, wybijając piłkę do boku.












