W drugim piątkowym starciu T-Mobile Ekstraklasy Śląsk wygrywa derbowy pojedynek z lubińskim Zagłębiem. Spotkanie nieco rozczarowało, choć były momenty, które przykuwały uwagę. Strzelcami bramek zostali dwaj zawodnicy pozyskani latem, czyli Dudu i Paixao.
Mecz jeszcze dobrze się nie zaczął, a już został przerwany. Sędzia Pskit musiał wstrzymać na chwilę grę, bo w polu karnym Gliwy zrobiło się biało niczym zimą we francuskim Chamonix. Wszystko za sprawą kibiców Śląska, którzy w 5. minucie wyrzucili na boisko setki serpentyn. Minął kwadrans, na murawie piłkarska posucha, a przerw w meczu ciąg dalszy – Lubomir Guldan zostać zniesiony z placu gry, grymas bólu na twarzy Słowaka sugeruje, że czeka go dłuższe rozstanie z boiskiem.

Pierwsze zagrożenie pod bramką Gliwy (nie licząc serpentyn) od razu skończyło się golem dla gospodarzy. Najpierw bramkarz Zagłębia obronił strzał Mili, później kapitan Śląska podszedł do rzutu rożnego, dośrodkował w pole karne, a tam akcję sfinalizował Marco Paixao. Portugalczyk dobrze odnalazł się tuż przed bramką lubinian i sprytnym strzałem głową rozwiązał worek z bramkami. Mecz po tym trafieniu nie nabrał tempa – goście próbowali grać długie piłki na głowę Piecha, a że ten napastnik do najwyższych nie należy, większość takich podań padała łupem chociażby Kokoszki. Były snajper Ruchu znalazł się w świetnej sytuacji w 38. minucie, gdy Widanow dograł mu rewelacyjną piłkę, ale minimalnie przestrzelił. Tuż przed gwizdkiem na przerwę okazję miał wspominany Widanow, lecz Bułgar huknął tuż obok słupka – w przypadku celnego strzału Gikiewicz nie miałby co zbierać.
Serpentyny, bramka, strzał Piecha, bomba Widanowa… i to by było na tyle. Pierwsza część meczu nie obfitowała w fascynujące zagrania rodem plaż z Copacabany, a kibice we Wrocławiu zamiast boju na śmierć i życie dostali nużące przeciąganie liny.
Druga połowa to prawdziwy Cotra show. Najpierw były piłkarz Polonii zabawił się w siatkarza – szkoda, że podczas meczu piłkarskiego i w dodatku we własnym polu karnym. Do „jedenastki” podszedł Dudu i po pewnym strzale mógł zaprezentować fanom z Wrocławia efektowną cieszynkę. Później obrońca Zagłębia postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość po tym, jak był ciągnięty za koszulkę przez Plaku. Sędzia Pskit przypomniał, że nie udzielał Cotrze uprawnień sędziowskich, i w konsekwencji Serb obejrzał drugą żółtą kartkę w tym meczu, a następnie udał się pod prysznic. W czasie, gdy lubinianin schodził do szatni, na boisku wywiązała się mała przepychanka, w której najlepiej odnalazł się Przemysław Kazimierczak. Pomocnik Śląska celnym uderzeniem łokciem powalił Jeża, ale arbiter spotkania nie dostrzegł tej sytuacji i popis „Kaza” nie został „nagrodzony” czerwoną kartką.











