Cracovia Kraków przegrała kolejny mecz z rzędu, tym razem z Legią Warszawa. Bramki strzelali: dwa razy Manu, Radović i Ntibazonkiza.
Już od pierwszego gwizdka mecz toczył się w szybkim tempie, akcje przenosiły się z jednej bramki pod drugą. Golem zapachniało już w 8. minucie, kiedy to do piłki najwyżej w polu karnym skoczył Van der Biezen. Nowy nabytek Cracovii pomylił się minimalnie, futbolówka trafiła wprost w poprzeczkę.

Goście odpowiedzieli cztery minuty później, chociaż bardzo pomogli im defensorzy „Pasów”. Strzał Vrdoljaka odbił się bowiem od dwóch zawodników gospodarzy, co kompletnie zaskoczyło intuicyjnie interweniującego Kaczmarka. Piłka trafiła jednak wprost pod nogi Manu, który miał przed sobą tylko pustą siatkę. Nie zmarnował tej sytuacji.
Obrońcy Legii, a konkretnie Żewłakow postanowił podziękować kolegom z przeciwnej strony boiska i… jak na tacy wystawił piłkę Ntibazonkizie. Błąd byłego reprezentanta Polski dobrą interwencją naprawił Skaba.
W 24. minucie znów skompromitowała się obrona Cracovii, która oddaliła zagrożenie na tyle niefortunnie, że piłka spadła wprost pod nogi Manu. Portugalczyk nie zastanawiał się zbyt długo i od razu kropnął w stronę długiego słupka. Piłka po drodze odbiła się jeszcze od obrońcy i wpadła do bramki tuż obok kompletnie zaskoczonego Kaczmarka.
Legia próbowała iść za ciosem. Aktywny na prawej stronie boiska był Jędrzejczyk, ale jego strzały nie znalazły drogi do bramki. Podobnie jak próby głodnego gry Żyro. Godny odnotowania jest także rzut wolny, wykonywany przez Ljuboję. Serb znalazł lukę w murze, ale mocne, dokręcane uderzenie ostatecznie wyekspediował bramkarz „Pasów”.
Po zmianie stron wcale nie było widać odmienionej gry Cracovii. „Pasy” grały mało agresywnie, powoli. Próbowały co prawda atakować, ale akcje zwykle kończyły się na niedokładnym podaniu czy głupiej stracie. Legia mądrze się broniła, nie pozwalając dojść do głosu swojemu rywalowi.
Warszawianie nie tylko zabezpieczali tyły, ale także próbowali kontrataków. Tak było w 68. minucie, kiedy wybiegającego na pozycję Radovicia świetnie wypatrzył Żewłakow. Serb doszedł do podania doświadczonego obrońcy i na raty zdołał pokonać Kaczmarka. Ta bramka ustawiła losy meczu. Cracovia zupełnie opadła z sił, w jej poczynaniach próżno było szukać ambicji.
Ataki „Pasów” ograniczyły się do sporadycznych strzałów z dystansu. Tak było też w doliczonym czasie gry. Ntibazonkiza huknął jak z armaty. Piłka trafiła w słupek, po czym wpadła do bramki strzeżonej przez Skabę. Trafienie na otarcie łez i tak nie polepszy humorów kibiców Cracovii, którzy musieli dzisiaj oglądać drużynę podobną do tej z rundy jesiennej poprzedniego sezonu.











