W ostatnim sobotnim spotkaniu 28. kolejki Barclays Premier League zawodnicy Evertonu minimalnie pokonali na własnym terenie ekipę Tottenhamu 1:0. Jedyną bramkę, którą padła w trakcie spotkania, zdobył Nikica Jelavić. Londyńczycy przegrali zatem trzeci ligowy pojedynek z rzędu.
Bardzo ciekawy mecz przyszło rozgrywać piłkarzom Evertonu w cieniu wielkiego święta – dziesiątej rocznicy pracy menedżera „The Toffees” . David Moyes objął liverpoolczyków 14 marca 2002 roku. Pod względem długości angażu Szkot jest trzeci, za sir Fergusonem i Wengerem. Dzisiejszego popołudnia przyszło mu się mierzyć z obecnie trzecią siłą ligi – Tottenhamem.
Rywalizacja przebiegała bardzo spokojnie, z murawy wiało wręcz nudą. Pierwsza ofensywna akcja miała miejsce dopiero po dziesięciu minutach, ale nie warto nawet jej przytaczać. Goście, którzy mogą mówić o kiepskiej passie, zaczęli z większym animuszem przeprowadzać swoje akcje. Najpierw Bale prawą flanką, potem Modrić uderzeniem zza pola karnego dali sygnały do natarcia.
Jednak prowadzenie objęła ekipa gospodarzy w 21. minucie. Chwilę po świetnym uderzeniu Fellainiego Leon Osman wpadł w pole karne i znalazł tam niepilnowanego Jelavicia. Najnowsze wzmocnienie „The Toffees” posłało piłkę w długi róg, po palcach Friedela ostatecznie zatrzepotało w siatce. Był to pierwszy gol chorwackiego snajpera dla klubu z Liverpoolu.
„Kogutom” udawało pięciokrotnie pokonać Everton po stracie bramki, ale każdy z tych powrotów miał miejsce na własnym stadionie. Mimo szoku to Tottenham dalej nacierał. Znów Bale, potem Adebayor próbowali swych sił, jednak za każdym razem na ich nieszczęście piłkę blokowali obrońcy albo bez trudu bronił Howard.
W 37. minucie swoją okazję znów miał Jelavić, tym razem po rzucie wolnym. Amerykański bramkarz stołecznych zachował się jednak lepiej i z trudem wybił piłkę zmierzającą do siatki przy lewym słupku. Mecz znacznie się ożywił, początkową nudę wszyscy puścili w niepamięć. Do końca pierwszej połowy już większego zagrożenia pod obu bramkami nie było. Wkrótce sędzia zaprosił piłkarzy do szatni.
Drugą odsłonę spotkania z impetem pragnęli rozpocząć goście. Tuż po wznowieniu gry ładną, solową akcją popisał się Jermaine Defoe – ze strzałem angielskiego snajpera dobrze poradził sobie jednak Tim Howard. Minęło ledwie parę minut i filigranowy napastnik „Kogutów” po raz kolejny postraszył defensywę gospodarzy. Scott Parker świetnym podaniem otwarł drogę do bramki swemu klubowemu partnerami. Ten zaś zdołał oddać uderzenie z lewej nogi, jednak amerykański golkiper znowu nie dał się zaskoczyć.
Przewaga Tottenhamu była niepodważalna. Podopieczni Davida Moyesa zupełnie nie byli w stanie odpowiedzieć na pospolite ruszenie w barwach przyjezdnych. Brad Friedel nie mógł narzekać na nadmiar roboty, pod przeciwległym polem karnym co rusz natomiast było gorąco. W 57. minucie świetną sytuację zmarnował Modrić. Chorwacki pomocnik uderzał z półwoleja, futbolówka poszybowała jednak nad poprzeczką. Dobrą okazję miał także Kaboul. Francuz wykonywał rzut wolny tuż zza pola karnego, ale jego silny strzał był bardzo niecelny.










