Jeden z najstarszych angielskich klubów, będący współzałożycielem pierwszej zawodowej ligi piłkarskiej na świecie (The Football League), przeżywa obecnie niezwykle trudny okres w swojej 140-letniej historii. Ostatnie wyjazdowe zwycięstwo odniesione nad Crystal Palace (1:0) pozwoliło co prawda podopiecznym Paula Lamberta przerwać fatalną passę dziewięciu kolejnych meczów bez wygranej w Premier League, ale nie rozwiązało ogromu problemów, z jakimi borykają się w tym sezonie popularni The Villans. Oto 7 najpoważniejszych zmartwień klubu z Villa Park.
Brak kreatywnych piłkarzy w linii pomocy.
W preferowanej przez Paula Lamberta taktyce 1-4-3-3 (przechodzącej w fazie defensywnej na ustawienie 1-4-5-1) jest miejsce aż dla trzech środkowych pomocników. Niestety żaden z piłkarzy środka pola, jakimi dysponuje menedżer AV, nie posiada tej niezwykle cennej we współczesnym futbolu umiejętności prowadzenia gry. Ashley Westwood czy Carlos Sanchez (a także sporadycznie grający w środku pomocy Kieran Richardson i Leandro Bacuna) są piłkarzami nastawionymi głównie na przerywanie akcji przeciwnika. Ich rola często nie wykracza poza odbiór piłki i podanie jej do najbliżej ustawionego partnera z zespołu. Być może w najbliższym czasie na klasową „ósemkę” wyrośnie Delph – świeżo upieczony reprezentant Anglii, któremu wielu ekspertów wróży sporą karierę. Do tej pory rozwój talentu ciemnoskórego piłkarza pochodzącego z Bradford hamowały częste kontuzje. Gdyby nie one, być może Delph grałby już w klubie z większymi apiracjami. Piłkarzem łączącym obronę z atakiem miał być pozyskany z Manchesteru United Tom Cleverley, ale już od dłuższego czasu Anglik nie spełnia pokładanych w nim nadziei.
Brak w kadrze drużyny z Birmingham środkowych pomocników o walorach wybitnie ofensywnych powoduje, że gra The Villans opiera się głównie na kontrataku i grze skrzydłami. Kibice na Villa Park liczyli, że przyjście do klubu nowego menedżera spowoduje, oprócz natychmiastowej poprawy rezultatów, także wyraźną zmianę sposobu gry ich ulubieńców. Większość fanów była już zmęczona stylem proponowanym przez nielubianego na Villa Park specjalistę od bezbramkowych remisów, Alexa McLeisha (byłego menedżera Birmingham City, a więc największego rywala Aston Villi – przyp. red.). Szkocki menedżer preferował bowiem fizyczną walkę w środku pola oraz grę długą piłką, często z pominięciem drugiej linii. Jego koncepcja gry zupełnie się na Villa Park nie sprawdziła. Co więcej, obecny trener belgijskiego Genku, pozostający ciągle zwolennikiem staroangielskiej szkoły konstruowania akcji i przechodzącego już do lamusa ustawienia 1-4-4-2, pobił w sezonie 2011/12 bardzo niechlubny rekord. Drużyna pod jego wodzą zanotowała wówczas najgorszy procent zwycięstw w historii klubu (ledwie 21,5 % wygranych spotkań)! Obecnie kultura gry piłkarzy Aston Villi jest co prawda wyższa, ale rezultaty osiągane przez następcę Szkota są tylko niewiele lepsze. Aktualny bilans Lamberta nie jest imponujący (niecałe 32% wygranych spotkań), ale o zwolnieniu menedżera nie może być raczej mowy, ponieważ we wrześniu b.r. podpisał on nowy kontrakt z klubem (obowiązujący do czerwca 2018 r.) Dla wielu ekspetów był to zupełnie niezrozumiały ruch ze strony amerykańskiego właściciela The Villans.
Radykalnych efektów zmiany sposobu gry i taktyki, proponowej przez Lamberta, na razie nie widać. Aston Villa nadal ma ogromny problem z kreowaniem akcji ofensywnych w ataku pozycyjnym i stwarzaniem sytuacji podbramkowych. Taktyka 1-4-3-3 nie przynosi wymiernych korzyści, kiedy boczni obrońcy skupieni są niemal wyłącznie na wykonywaniu zadań defensywnych, a między linią pomocy (która często tworzy z obrońcami jedną, zwartą formację defensywną) i linią ataku nie ma żadnego „łącznika”. Wielu fachowców na Wyspach uważa również, że gra typowymi skrzydłowymi (takimi jak Joe Cole czy N’Zogbia), „przywiązanymi” do linii bocznej boiska, to przeżytek. We współczesnym futbolu dąży się bowiem do maksymalnej uniwersalności piłkarzy i wymienności pozycji, dlatego kopiowanie części planu taktycznego Martina O’Neilla sprzed kilku lat nie gwarantuje obecnie porównywalnego sukcesu (za kadencji Irlandzkiego menedżera ważnym elementem gry ofensywnej były dynamiczne rajdy skrzydłowych – Ashleya Younga, Jamesa Milnera czy Shauna Maloneya – oparte na wielu dryblingach i dośrodkowaniach piłki w pole karne – przyp. red.).
Zatrważająco niska liczba strzałów oddawanych na bramkę przeciwnika.
Ten punkt wiąże się pośrednio z poprzednim. Problem z konstruowaniem akcji ofensywnych w ataku pozycyjnym przekłada się na ilość stwarzanych sytuacji podbramkowych, a co za tym idzie – liczbę strzałów oddawanych na bramkę rywala. A w tym aspekcie Aston Villa jest najsłabszym zespołem Premier League. Drużyna grająca w charakterystycznych bordowych koszulkach notuje średnio nieco ponad dwa strzały celne na mecz! Z taką częstotliwością uderzeń w światło bramki trudno jest zdobywać gole, o odnoszeniu zwycięstw nie wspominając. Mimo tego zdarzył się już w tym sezonie osobliwy przypadek, kiedy The Villans wygrali mecz oddając tylko jeden celny strzał na bramkę rywala:
Powyższa statystyka z sierpniowego meczu ze Stoke obrazuje także inny problem AVFC – kłopoty z utrzymywaniem się przy piłce. Pod tym względem drużyna Paula Lamberta również należy do najgorszych w lidze (średnio 43% czasu posiadania piłki), wyprzedzając jedynie Crystal Palace (poniżej 40%).
Niewielka ilość prób strzeleckich oraz notoryczne oddawanie inicjatywy przeciwnikom skutkują zawstydzającym, jak na ten moment sezonu, bilansem bramkowym. The Villans zdołali zaaplikować swoim rywalom tylko 8 goli w 14 rozegranych dotychczas meczach Premier League – najmniej spośród wszystkich zespołów grających w czterech najwyższych ligach zawodowych w Anglii (zrzeszonych w The Football League)! Cały marny dorobek ofensywny zespołu z Villa Park to zasługa ledwie czterech piłkarzy (to też najgorsza statystyka wśród klubów angielskiej ekstraklasy). Trzej z nich to piłkarze formacji ataku (Agbonlahor-Benteke-Weimann), czwarty to skrzydłowy Joe Cole. Wydaje się zatem, że sukces akcji ofensywnych zależy niemal wyłącznie od dobrej postawy któregoś z trójki wspomnianych napastników. Tym bardziej, że nie mogą oni liczyć na wsparcie rezerwowych. Zawodnicy wprowadzani z ławki przez Paula Lamberta nie zanotowali w tym sezonie jeszcze żadnego gola, ani nawet asysty. Co ciekawe, dorobek wszystkich piłkarzy rezerwowych w 90 dotychczasowych meczach pod wodzą szkockiego menedżera to tylko trzy gole!
Regularnie tracone bramki w końcówkach spotkań.
W pięciu ostatnich meczach ligowych aż trzykrotnie zdarzało się, że na 10 minut przed końcem meczu drużyna The Villans prowadziła, ale nie była w stanie do końca utrzymać korzystnego rezultatu. Ta tendencja została przełamana w miniony wtorek, kiedy bramka strzelona przez Christiana Benteke okazała się ostatecznie złotym trafieniem na wagę trzech punktów. O tym, czy koncentracja defensorów AVFC uległa poprawie, przekonamy się w najbliższych meczach (z Leicester oraz West Bromwich). Dotychczasową niemoc w końcówkach można natomiast wytłumaczyć, poza aspektami psychologicznymi, dużą ilością niepotrzebnych fauli popełnianych przez piłkarzy Lamberta w okolicach własnego pola karnego oraz nieskutecznością w blokowaniu strzałów z dystansu i dośrodkowań.
Defensywnie nastawiona drużyna Paula Lamberta, zmuszona w większości meczów do biegania za piłką na własnej połowie, straciła dotychczas 18 bramek. Na tym etapie sezonu jest to przyzwoity wynik (biorąc pod uwagę, że więcej goli dały sobie wbić m.in. Liverpool, Tottenham czy Everton), ale pod nieobecność dotychczasowego lidera obrony – Holendra Rona Vlaara (który ze względu na swoją posturę i boiskową bezkompromisowość dorobił się wiele mówiącego przydomku – Betonowy Ron) brakuje momentami lidera, który wprowadziłby więcej spokoju w poczynaniach defensywnych zespołu w newralgicznych momentach meczu. A do takich z pewnością należą ostatnie minuty spotkania…
Fatalne wyniki na własnym stadionie.
Jeszcze sezon temu na Villa Park przegrywały tak uznane firmy jak Chelsea Londyn (1:0) czy Manchester City (3:2). Stadion Aston Villi nie należał może do grona najtrudniejszych do zdobycia twierdz, niemniej jednak większość ze swoich 38 punktów, ugranych w poprzedniej kampanii Premier League, piłkarze Paula Lamberta zgromadzili dzięki spotkaniom rozgrywanym przed własną publicznością. W obecnym sezonie wydaje się, że mecze odbywające się przy Trinity Road wywołują wręcz u piłkarzy z Birmingham paraliż. Chęć osiągnięcia korzystnego wyniku na oczach fanów i usilnego przełamania się przynosi efekty odwrotne od zamierzonych. The Villans są aktualnie najgorzej grającą na własnym boisku drużyną w Premier League (ledwie 5 zdobytych punktów). Na zwycięstwo na Villa Park kibice czekają aż od końca sierpnia (ostatnie zwycięstwo z Hull City 2:1, odniesione w 3 kolejce ligowej – przyp. red.). Patrząc na trybuny stadionu w Birmingham można odnieść wrażenie, że cierpliwość fanów AVFC powoli się wyczerpuje. Mało atrakcyjna dla oka gra w połączeniu ze słabymi wynikami i coraz chłodniejszą aurą powoduje, że wielu kibiców woli zostać w domu i obejrzeć transmisję meczu w TV. Także stosunkowo wysokie ceny biletów na mecze Premier League z pewnością nie powodują wzrostu frekwencji na stadionie. 42 £ (cena najdroższego biletu normalnego na najlepsze sektory Villa Park) to zdaniem sympatyków z Birmingham za dużo, aby oglądać w akcji tak przeciętną drużynę jak obecni The Villans, chociaż cena ta nie wydaje się specjalnie wygórowana (dla porównania – Arsenal: 27 -97 £, Liverpool 41-59 £, Manchester City: 29-78 £, West Brom: 25-39 £). Faktem jest, że w tym sezonie władze Aston Villi notują najgorszą frekwencję od 15 lat, a stadion nie zapełnia się do ostatniego miejsca nawet na starcia z najlepszymi zespołami ligi. Z pewnością powinno to dać do myślenia decydentom klubu, który w tym roku obchodzi wspaniały jubileusz 140-lecia istnienia.
Zamieszanie ze sprzedażą klubu.
Niespełna pół roku temu amerykański właściciel AVFC, Randy Lerner nieoczekiwanie zadeklarował gotowość sprzedaży wszystkich swoich udziałów w klubie z Birmingham za 200 mln. £. Z czasem, widząc niewielkie zainteresowanie jego propozycją, stopniowo schodził z ceny, aż pod koniec września wydał lakoniczne oświadczenie:
„Losy są zmienne w biznesie, którym jest także angielski futbol. Czuję, że wycisnąłem ze swojej dotychczasowej działalności w klubie wszystko”.
Ewentualni kontrahenci odczytali ten komunikat jako gotowość biznesmena do negocjacji. W kuluarach mówi się bowiem, iż Lerner jest na tyle zdesperowany, aby odejść, że odda klub nawet za „marne” 100 mln. £. Byłaby to zaledwie trzecia część jego wkładu w zespół z Villa Park, w który prężnie inwestuje od ponad ośmiu lat.
Na razie chętnych na przejęcie Aston Villi nie ma, a pochodzący z Brooklynu multimiliarder (majątek szacowany na bagatela 1,5 bln. £ !) chce koniecznie oddać klub w dobre ręce. Znalezienie właściwego kandydata może zatem jeszcze trochę potrwać, dlatego Lerner stara się jak może pomóc The Villans, oferując dodatkowe 10 mln. £ na wzmocnienia w zimowym oknie transferowym. Nie jest to kwota oszałamiająca (szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę majątek, jakim dysponuje Amerykanin), ale być może pozwoli ona rozwiązać niektóre problemy personalne. Jeśli pozyskani piłkarze nie wpłyną w żaden sposób na poprawę jakości gry ofensywnej Aston Villi, mogą się pojawić głosy domagające się zwolnienia menedżera, który niedawno przedłużył swój kontrakt o 4 lata. Prolongatę umowy zaproponował szkockiemu trenerowi sam dobrodziej klubu z Birmingham, czym sprawił sobie, a przede wszystkim ewentualnemu następcy, nie lada kłopot. Bardzo mało prawdopodobne jest, aby Lambert wypełnił kontrakt do końca. Teraz amerykański biznesmen próbuje uczynić to samo z kapitanem zespołu – Vlaarem, co byłoby akurat bardzo dobrym posunięciem. Inna sprawa czy holenderski stoper będzie zainteresowany kontynuowaniem kariery na Villa Park, bo ciekawych ofert nie powinno dla niego zabraknąć.
Publicznie opowieści Lernera o chęci pozbycia się udziałów i rozpaczliwe szukanie nabywcy nie poprawiają trudnej sytuacji na Villa Park, a wręcz przeciwnie – powodują dodatkową nerwowość spowodowaną niepewną przyszłością zasłużonego dla angielskiego futbolu klubu. Jak to się skończy? Trudno powiedzieć, ale nie można wykluczyć nawet czarnego scenariusza zakładającego, że Birmingham w przyszłym sezonie (po czterech latach przerwy) ponownie będzie się emocjonowało derbami miasta, tyle że na poziomie Championship.
Niespodziewane zmiany personalne w zarządzie i sztabie szkoleniowym.
Zaczęło się od dyscyplinarnego zwolnienia dwóch ważnych członków sztabu szkoleniowego – asystenta Iana Culverhouse’a oraz szefa szeroko pojętych spraw piłkarskich, Gary’ego Karsy. Klub nie chciał komentować całej sprawy. Niedługo później doszło do zaskakującej rezygnacji dotychczasowego dyrektora wykonawczego, Paula Faulknera jeszcze przed rozpoczęciem bieżącej kampanii Premier League. Miało to prawdopodobnie związek ze wstępnymi planami sprzedaży klubu przez Lernera. Obaj panowie nie doszli do porozumienia w sprawie dalszej współpracy, dlatego nowym CEO (tak Anglicy nazywają w skrócie dyrektora wykonawczego – przyp.red.) został powiązany z Arsenalem Londyn Tom Fox (zajmował się na Emirates sprawami handlowymi). Nie minęło pół roku, a z drużyną z Villa Park pożegnał się dotychczasowy pierwszy asystent Paula Lamberta – charyzmatyczny Roy Keane. Irlandczyk swoją nagłą decyzję tłumaczył chęcią pełnego poświęcenia się sprawom swojej reprezentacji narodowej, w której pomaga obecnemu selekcjonerowi (a byłemu trenerowi Aston Villi) Martinowi O’Neillowi. Uważał, że nie jest w stanie skutecznie łączyć tych obu, na pewno wymagających dużej ilości czasu, funkcji. Na Twitterze Keane w swoim stylu skomentował rezygnację z asystentury u boku Lamberta, nawiązując przy okazji do kontrowersyjnej biografii, wydanej w tym roku:
Podpis: Dlaczego odszedłem z Aston Villi? Praca została wykonana. Tysiące książek zostało sprzedanych.
Rzadko zdarza się, aby w okresie sześciu miesięcy z klubu odeszło tak wiele osób zajmujących stanowiska kierownicze lub trenerskie. Zawirowania związane z tego typu zmianami z pewnością nie wpływają dobrze na organizację pracy całego klubu, o czym przekonują się obecnie w Birmingham na własnej skórze.
Brak wyjątkowo utalentowanych piłkarzy w akademii młodzieżowej.
Szkółka piłkarska Aston Villi od dłuższego czasu uchodzi na Wyspach za niezwykle solidną i dobrze zorganizowaną. W ostatnim czasie pojawiły się jednak pewne rysy na tym rzetelnym dotąd wizerunku. Tegoroczny nabór do zespołów juniorskich nie wzbudził zainteresowania tylu młodych chłopców, ilu spodziewali się organizatorzy. Młodzieżowa drużyna spisuje się znacznie poniżej oczekiwań w rozgrywkach Premier League U-21. Nie ma się zatem czemu dziwić, że brakuje teraz talentów na miarę chociażby Garretha Barry’ego, który od początku swojej kariery seniorskiej przez 12 kolejnych lat występował w klubie z Villa Park czy też Gary’ego Cahilla, jednego z najlepszych obecnie europejskich obrońców, a nawet Gabriela Agbonlahora, który nie wykorzystał w pełni swoich wspaniałych możliwości motorycznych, ale potencjał miał ogromny. Obecnie nastąpiła pewna stagnacja i w akademii AVFC szkoleni są zawodnicy przeciętni albo co najwyżej nieźli (tzw. solidni ligowcy), ale nie prezentujący wystarczająco wysokiego poziomu, aby Lambert uznał, że warto ich włączyć do kadry pierwszego zespołu na mecze Premier League. Ci, którzy znajdują się w szerokiej kadrze odgrywają raczej marginalną rolę (za wyjątkiem Ciarana Clarka i Nathana Bakera, którzy w miarę regularnie występują w pierwszym składzie) lub są wypożyczani do klubów z niższych lig. Prawdziwych wzmocnień zespołu trzeba będzie zatem szukać znowu poza Birmingham.
—
Fani The Villans uważają, że ich ukochany klub zaczyna powoli zmierzać w złym kierunku: Aston Villa have no plan, no direction and no leadership (Aston Villa nie ma właściwego planu, kierunku i przywództwa – przyp. red.) – można przeczytać na wielu forach kibicowskich. Ich zdaniem gra AFCV jest zbyt defensywna, jednowymiarowa i tym samym zbyt przewidywalna dla rywali. Drużyna jest za bardzo uzależniona od swojej największej gwiazdy, Christiana Benteke, który dopiero co wrócił po kontuzji, a nie jest pewne, czy zdecyduje się kontynuować swoją karierę w Birmingham. Dodatkową irytację powodują zbyt wysokie, zdaniem sympatyków Aston Villi, ceny biletów na mecze ligowe. Atmosfera wokół klubu zaczyna robić się zatem bardzo nieprzyjemna. A to wszystko w cieniu obchodów okrągłej rocznicy założenia klubu…