Trzykrotny mistrz Anglii jako trener Liverpoolu i twórca potęgi klubu z Merseyside, Bill Shankly, kiedyś powiedział następujące zdanie: „Gdyby Everton grał mecz w moim ogrodzie, to zasłoniłbym okna w domu”. Pytanie, co by zrobił szkocki menedżer, gdyby zobaczył tam Liverpool Rodgersa z tego sezonu?Sytuację oceniamy już po pierwszych rozrachunkach bieżącego sezonu, a konkretniej po odpadnięciu z Ligi Mistrzów na etapie fazy grupowej. Trudno fanom Liverpoolu się z tym faktem pogodzić i w zasadzie nie można im się dziwić, bo gdy losowano grupy tegorocznej edycji najbardziej prestiżowych rozgrywek europejskich, wydawało się, że „The Reds” z łatwością awansują do fazy pucharowej, tyle że niekoniecznie z pierwszej pozycji w grupie. Ludogorec Razgrad i FC Basel nie są potęgami europejskiej piłki tak, jak Real Madryt i choć Szwajcarzy z Bazylei w końcowym rozrachunku okazali się być zespołem ponadprzeciętnym i w danym okresie czasu zwyczajnie piłkarsko lepszym od ekipy z Anfield, to gwoli ścisłości trzeba powiedzieć sobie jasno, że Liverpool w formie z pewnością by sobie z drużyną prowadzoną przez Paulo Sousę poradził.
Ośmiu przeciętno-słabych
Do pokonania Szwajcarów, co w rezultacie możemy przetłumaczyć jako – do awansu do kolejnej rundy, reprezentantowi Premier League zabrakło najzwyczajniej piłkarskiej jakości. A jak wszyscy wiemy, tą najczęściej pozyskuje się na rynku transferowym. I tu dochodzimy do sedna, jednego z głównych powodów niepowodzeń pięciokrotnego triumfatora Champions League w obecnym sezonie tych rozgrywek. Na Merseyside latem przybyło ośmiu zawodników – Lovren, Manquillo, Moreno, Can, Lallana, Marković, Lambert i Balotelli. Wszyscy zostali niedawno ocenieni przez redakcję prestiżowej brytyjskiej gazety, „The Daily Telegraph”. Oto rezultat: ocenę 3/10 dostali Balotelli i Lovren, 4/10 Emre Can i Lazar Markovic, 5/10 Rickie Lambert, Adam Lallana oraz wypożyczony z Atletico Madryt Javier Manquillo, a 6/10 Alberto Moreno. A wśród ponad 200 milionów funtów, wydanych przez Rodgersa od początku jego kadencji na Anfield, znajdziemy jeszcze nie jeden i nie dwa takie zakupy, choćby wspomnieć Fabio Boriniego czy Iago Aspasa.
Trzeźwe spojrzenie
Widać więc wyraźnie, że w ocenie angielskich żurnalistów transfery Rodgersa nie stoją najwyżej, bo trudno za fenomen uznać zaciąg ,z którego najwyższa nota to sześć punktów na dziesięć. Jeśli problem transferowy Liverpoolu opisali dziennikarze prasowi, to również uczynili to eksperci telewizyjni, często sami posiadający piłkarską przeszłość i doświadczenie. Jednym z tych, którzy wcielili się w rolę krytyków rozwoju wydarzeń w czerwonej części Merseyside, jest były piłkarz odwiecznego rywala Manchesteru United, konkretnie Gary Neville. Obecnie były obrońca „Czerwonych diabłów” jest ekspertem stacji Sky Sports, gdzie patrzy na sprawy nieco obiektywniej niż wtedy, gdy sam kopał futbolówkę. Oto jego dość prosta, a zarazem dla niektórych nieco zaskakująca analiza: „Jeśli spojrzymy na sprawę trzeźwo, to wyłania nam się taki oto obraz – sprzedali Suareza za 65 milionów funtów, a kupili ośmiu nowych piłkarzy za ponad sto. Czyli realnie wydali ponad 40 milionów funtów. To nie jest wystarczająca suma, to nie jest nawet bliska suma w porównaniu do tego, co wydają europejscy giganci pokroju Chelsea, Barcelony czy Manchesteru United. A przecież Liverpool chce należeć do grona europejskich gigantów, prawda?”.
Niewątpliwie zespół prowadzony przez Irlandczyka z Ulsteru chce należeć do europejskiej czołówki. Ba! Jego fani cały czas konsekwentnie twierdzą, że klub w tej czołówce cały czas jest. Ale czy taki gigant może zmierzać do celu bez steru? Mark Lawrenson, obecnie ekspert stacji BBC, w przeszłości filar defensywy „The Reds”, twierdzi, że w obecnej postaci Liverpool jest „ruderless”. Ruder po angielsku to ster, czyli według Lawrensona klub z Merseyside jest bez steru w danej chwili, co w zasadzie wyklucza zmierzanie ku jakiemuś konkretnemu celowi, tym bardziej, że wiatry piłkarzom Rodgersa również nie sprzyjają. Lawrenson, przechodząc do sedna sprawy, mówi tak: „On zmienia swój skład, wyjściowy skład, jak swoje skarpetki – codziennie. Taka rotacja nie wpływa dobrze na zespół. W dodatku nie rozumiem wielu jego posunięć. Jak mógł nie wybrać Lallany na mecz z Basel, skoro potrzebował piłkarzy ofensywnych? A na lewej obronie postawił na Enrique, który wygląda, jakby miał nadwagę”.
Trudno się tu nie zgodzić z Lawrensonem. Rodgers na mecz z Basel wziął do kadry meczowej tylko jednego napastnika, Rickiego Lamberta, którego w dodatku zdjął po pierwszej połowie w sytuacji, w której drużyna musiała gonić wynik! Inne wybory pozostawiające wątpliwość to rezygnacja z Lallany, Coutinho czy Markovica, zamiast których od początku zagrali o wiele bardziej defensywni Allen czy Lucas Leiva. Były piłkarz „The Reds” kontynuuje, wspominając o dorobku LFC: „W zeszłym sezonie ten zespół zbudował w kibicach takie poczucie, że jak tylko wychodzą na boisko, to mają wszystko pod kontrolą, że to oni prowadzą grę i najczęściej wygrywają. Teraz jest trochę inaczej. Piłkarze są bez formy, żaden z nich nie zrobił postępu w ostatnim czasie, niektórzy wydają się wręcz zmęczeni. To wszystko powoduje, że ten klub wraca z powrotem do miejsca, w którym był przed początkiem zeszłego sezonu. Spadają ze szczytu jeszcze szybciej niż im zajęło wdrapanie się na niego”. W dodatku ekspert BBC nie sądzi, aby lekarstwem na całe zło był powrót Daniela Sturrigde’a.
Po znanym już wszystkim spotkaniu przeciw FC Basel w popularnym brytyjskim serwisie sportowym Talksport, który pełni również funkcję dość prestiżowego radia, jak zawsze prowadzono debatę na temat najświeższych wydarzeń świata sportu. W środowy wieczór za cel dyskusji obrano rzecz jasna odpadnięcie Liverpoolu i próbę odpowiedzi na pytanie – co dalej?
Sterling podąży śladem Suareza?
Trudno oczekiwać, aby tak grająca drużyna była w stanie utrzymać swoje największe perełki. Poza kontuzjowanym Sturridgem taką perełką jest niewątpliwie nastoletni reprezentant Anglii, Raheem Sterling. Skrzydłowy, który jest obecnie drugi w lidze pod względem wykreowanych szans dla kolegów (36, na równi z Hazardem, pierwszy Tadić z 40) i również drugi w kategorii udanych dryblingów (47, na równi z Alexem Oxlade-Chamberlainem i za Hazardem, który ma 70), odrzucił parę dni temu propozycję przedłużenia kontraktu ze strony władz klubu, która dawałaby wychowankowi QPR płacę na poziomie 70 tysięcy funtów tygodniowo. Od razu na to zareagowały PSG i Real Madryt, które kontrolowanymi przeciekami prasowymi dały do zrozumienia, że są potencjalnie zainteresowane piłkarzem. Oczywiście cała historia dopiero zaczyna się układać, nie można wyciągać pochopnych wniosków, być może agent Sterlinga chce po prostu załatwić większą płacę swojemu klientowi, ale takie sygnały w tak niekorzystnym momencie dla drużyny są z pewnością niepokojące i wyzwalają u niektórych internautów, a zarazem kibiców „The Reds”, poczucie, że nastolatek może chcieć uciekać z drużyny, która obecnie nie błyszczy formą. Tym bardziej, że Sterling to czołowa postać LFC, piłkarz, który robi różnicę. A jak Shankly mówił o budowie drużyny piłkarskiej? Ano tak: „Drużyna piłkarska jest trochę jak pianino. Potrzebujesz ośmiu ludzi, którzy potrafią je przenieść i trzech, którzy coś zagrają na tym cholernym sprzęcie”. Czy w Liverpoolu jest obecnie takich trzech w formie?
Diabelska przyszłość
Jak się zatem przedstawia najbliższa przyszłość dla piłkarzy z Anfield? Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów wicemistrzom Anglii przyjdzie rywalizować w Lidze Europejskiej. Tam mają szansę wpaść na drużynę prowadzoną przez swojego byłego trenera, Rafaela Beniteza, czyli Napoli czy też na… mistrzów Polski, Legię Warszawa! Mimo że Liga Europejska, czy wcześniej Puchar UEFA, nigdy nie były bardzo poważane przez zespoły z Wysp Brytyjskich, to tym razem może być inaczej, a to za sprawą nowego przepisu, który wprowadziła UEFA, sprawiającego, że zwycięzca tych rozgrywek automatycznie zyskuje prawo do gry w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. Patrząc na obecną pozycję Liverpoolu w tabeli angielskiej Premier League, może to być fakt, który zaważy na tym, że klub z północno-zachodniej Anglii poważniej podejdzie do Ligi Europejskiej.
W Premier League zaś plany są nieco mniej odległe. W najbliższy weekend piłkarzy z Liverpoolu czeka niedługa podróż do Manchesteru, konkretnie na Old Trafford. Na stadionie, na którym zwyciężyli w zeszłym sezonie aż trzy do zera, tym razem będzie o niebo trudniej wygrać, chociażby dlatego, że gospodarze tego meczu mają na swoim koncie niezłą passę pięciu zwycięstw z rzędu. Bardzo dobrze to starcie określił Graeme Souness, były szkocki piłkarz, obecnie ekspert: „To mecz dwóch drużyn, które można w dość łatwy sposób scharakteryzować. Jedna wygrywa, mimo że gra słabo, a druga przegrywa i gra słabo”. Ta wypowiedź nie przedstawia nadchodzącego meczu w zbyt dobrych barwach, ale niemniej jest to klasyk, spotkanie określane „derbami Anglii” ze względu na ilość trofeów zdobytych przez obie drużyny. Jeśli piłkarze Rodgersa nie chcą, aby Bill Shankly nadal przewracał się w grobie, to muszą wywalczyć choć punkt na terenie odwiecznego rywala.
Ciekawy artykuł. Jak dla mnie wystarczyło, że „The Reds” sprzedali Suareza i od razu stali się słabsi. Niestety Rodgers nie przeprowadził za dobrych transferów, bo ani Balotelli, ani Lambert nie są w stanie zastąpić „Draculi z Urugwaju”. Gerrard też do najmłodszych nie należy, ale też nie ma co robić tragedii. „Czerwone Diabły” też nie tak dawno odpali po fazie grupowej LM i też z Basel, a w tam tym sezonie nie awansowali do żadnych europejskich rozgrywek. Podsumowując mój wywód stwierdzam, że Liverpool jeszcze się od rodzi, ale raczej nie w tym sezonie.
NO
Nathaniel Organ
Rodgers sam niedawno przyznał w wywiadzie dla goal.com, że kupowali Balotelliego na zasadzie gaszenia pożaru. Tylko, że gaszenie pożaru poprzez dolewanie przysłowiowej oliwy do ognia nie mogło się dobrze skończyć. Tak samo jak ponowne ustawianie Gerrarda jako ofensywnego pomocnika. Najlepiej grał na tej pozycji w latach 2008, 2009 przy współpracy z Torresem, teraz już nie ten wiek, nie ta forma. Tylko czas uleczy rany Liverpoolu.
Dodaj komentarz
Trzykrotny mistrz Anglii jako trener Liverpoolu i twórca potęgi klubu z Merseyside, Bill Shankly, kiedyś powiedział następujące zdanie: „Gdyby Everton grał mecz w moim ogrodzie, to zasłoniłbym okna w domu”. Pytanie, co by zrobił szkocki menedżer, gdyby zobaczył tam Liverpool Rodgersa z tego sezonu?Sytuację oceniamy już po pierwszych rozrachunkach bieżącego sezonu, a konkretniej po odpadnięciu z Ligi Mistrzów na etapie fazy grupowej. Trudno fanom Liverpoolu się z tym faktem pogodzić i w zasadzie nie można im się dziwić, bo gdy losowano grupy tegorocznej edycji najbardziej prestiżowych rozgrywek europejskich, wydawało się, że „The Reds” z łatwością awansują do fazy pucharowej, tyle że niekoniecznie z pierwszej pozycji w grupie. Ludogorec Razgrad i FC Basel nie są potęgami europejskiej piłki tak, jak Real Madryt i choć Szwajcarzy z Bazylei w końcowym rozrachunku okazali się być zespołem ponadprzeciętnym i w danym okresie czasu zwyczajnie piłkarsko lepszym od ekipy z Anfield, to gwoli ścisłości trzeba powiedzieć sobie jasno, że Liverpool w formie z pewnością by sobie z drużyną prowadzoną przez Paulo Sousę poradził.
Ośmiu przeciętno-słabych
Do pokonania Szwajcarów, co w rezultacie możemy przetłumaczyć jako – do awansu do kolejnej rundy, reprezentantowi Premier League zabrakło najzwyczajniej piłkarskiej jakości. A jak wszyscy wiemy, tą najczęściej pozyskuje się na rynku transferowym. I tu dochodzimy do sedna, jednego z głównych powodów niepowodzeń pięciokrotnego triumfatora Champions League w obecnym sezonie tych rozgrywek. Na Merseyside latem przybyło ośmiu zawodników – Lovren, Manquillo, Moreno, Can, Lallana, Marković, Lambert i Balotelli. Wszyscy zostali niedawno ocenieni przez redakcję prestiżowej brytyjskiej gazety, „The Daily Telegraph”. Oto rezultat: ocenę 3/10 dostali Balotelli i Lovren, 4/10 Emre Can i Lazar Markovic, 5/10 Rickie Lambert, Adam Lallana oraz wypożyczony z Atletico Madryt Javier Manquillo, a 6/10 Alberto Moreno. A wśród ponad 200 milionów funtów, wydanych przez Rodgersa od początku jego kadencji na Anfield, znajdziemy jeszcze nie jeden i nie dwa takie zakupy, choćby wspomnieć Fabio Boriniego czy Iago Aspasa.
Trzeźwe spojrzenie
Widać więc wyraźnie, że w ocenie angielskich żurnalistów transfery Rodgersa nie stoją najwyżej, bo trudno za fenomen uznać zaciąg ,z którego najwyższa nota to sześć punktów na dziesięć. Jeśli problem transferowy Liverpoolu opisali dziennikarze prasowi, to również uczynili to eksperci telewizyjni, często sami posiadający piłkarską przeszłość i doświadczenie. Jednym z tych, którzy wcielili się w rolę krytyków rozwoju wydarzeń w czerwonej części Merseyside, jest były piłkarz odwiecznego rywala Manchesteru United, konkretnie Gary Neville. Obecnie były obrońca „Czerwonych diabłów” jest ekspertem stacji Sky Sports, gdzie patrzy na sprawy nieco obiektywniej niż wtedy, gdy sam kopał futbolówkę. Oto jego dość prosta, a zarazem dla niektórych nieco zaskakująca analiza: „Jeśli spojrzymy na sprawę trzeźwo, to wyłania nam się taki oto obraz – sprzedali Suareza za 65 milionów funtów, a kupili ośmiu nowych piłkarzy za ponad sto. Czyli realnie wydali ponad 40 milionów funtów. To nie jest wystarczająca suma, to nie jest nawet bliska suma w porównaniu do tego, co wydają europejscy giganci pokroju Chelsea, Barcelony czy Manchesteru United. A przecież Liverpool chce należeć do grona europejskich gigantów, prawda?”.
Bez steru
Niewątpliwie zespół prowadzony przez Irlandczyka z Ulsteru chce należeć do europejskiej czołówki. Ba! Jego fani cały czas konsekwentnie twierdzą, że klub w tej czołówce cały czas jest. Ale czy taki gigant może zmierzać do celu bez steru? Mark Lawrenson, obecnie ekspert stacji BBC, w przeszłości filar defensywy „The Reds”, twierdzi, że w obecnej postaci Liverpool jest „ruderless”. Ruder po angielsku to ster, czyli według Lawrensona klub z Merseyside jest bez steru w danej chwili, co w zasadzie wyklucza zmierzanie ku jakiemuś konkretnemu celowi, tym bardziej, że wiatry piłkarzom Rodgersa również nie sprzyjają. Lawrenson, przechodząc do sedna sprawy, mówi tak: „On zmienia swój skład, wyjściowy skład, jak swoje skarpetki – codziennie. Taka rotacja nie wpływa dobrze na zespół. W dodatku nie rozumiem wielu jego posunięć. Jak mógł nie wybrać Lallany na mecz z Basel, skoro potrzebował piłkarzy ofensywnych? A na lewej obronie postawił na Enrique, który wygląda, jakby miał nadwagę”.
Trudno się tu nie zgodzić z Lawrensonem. Rodgers na mecz z Basel wziął do kadry meczowej tylko jednego napastnika, Rickiego Lamberta, którego w dodatku zdjął po pierwszej połowie w sytuacji, w której drużyna musiała gonić wynik! Inne wybory pozostawiające wątpliwość to rezygnacja z Lallany, Coutinho czy Markovica, zamiast których od początku zagrali o wiele bardziej defensywni Allen czy Lucas Leiva. Były piłkarz „The Reds” kontynuuje, wspominając o dorobku LFC: „W zeszłym sezonie ten zespół zbudował w kibicach takie poczucie, że jak tylko wychodzą na boisko, to mają wszystko pod kontrolą, że to oni prowadzą grę i najczęściej wygrywają. Teraz jest trochę inaczej. Piłkarze są bez formy, żaden z nich nie zrobił postępu w ostatnim czasie, niektórzy wydają się wręcz zmęczeni. To wszystko powoduje, że ten klub wraca z powrotem do miejsca, w którym był przed początkiem zeszłego sezonu. Spadają ze szczytu jeszcze szybciej niż im zajęło wdrapanie się na niego”. W dodatku ekspert BBC nie sądzi, aby lekarstwem na całe zło był powrót Daniela Sturrigde’a.
Po znanym już wszystkim spotkaniu przeciw FC Basel w popularnym brytyjskim serwisie sportowym Talksport, który pełni również funkcję dość prestiżowego radia, jak zawsze prowadzono debatę na temat najświeższych wydarzeń świata sportu. W środowy wieczór za cel dyskusji obrano rzecz jasna odpadnięcie Liverpoolu i próbę odpowiedzi na pytanie – co dalej?
Sterling podąży śladem Suareza?
Trudno oczekiwać, aby tak grająca drużyna była w stanie utrzymać swoje największe perełki. Poza kontuzjowanym Sturridgem taką perełką jest niewątpliwie nastoletni reprezentant Anglii, Raheem Sterling. Skrzydłowy, który jest obecnie drugi w lidze pod względem wykreowanych szans dla kolegów (36, na równi z Hazardem, pierwszy Tadić z 40) i również drugi w kategorii udanych dryblingów (47, na równi z Alexem Oxlade-Chamberlainem i za Hazardem, który ma 70), odrzucił parę dni temu propozycję przedłużenia kontraktu ze strony władz klubu, która dawałaby wychowankowi QPR płacę na poziomie 70 tysięcy funtów tygodniowo. Od razu na to zareagowały PSG i Real Madryt, które kontrolowanymi przeciekami prasowymi dały do zrozumienia, że są potencjalnie zainteresowane piłkarzem. Oczywiście cała historia dopiero zaczyna się układać, nie można wyciągać pochopnych wniosków, być może agent Sterlinga chce po prostu załatwić większą płacę swojemu klientowi, ale takie sygnały w tak niekorzystnym momencie dla drużyny są z pewnością niepokojące i wyzwalają u niektórych internautów, a zarazem kibiców „The Reds”, poczucie, że nastolatek może chcieć uciekać z drużyny, która obecnie nie błyszczy formą. Tym bardziej, że Sterling to czołowa postać LFC, piłkarz, który robi różnicę. A jak Shankly mówił o budowie drużyny piłkarskiej? Ano tak: „Drużyna piłkarska jest trochę jak pianino. Potrzebujesz ośmiu ludzi, którzy potrafią je przenieść i trzech, którzy coś zagrają na tym cholernym sprzęcie”. Czy w Liverpoolu jest obecnie takich trzech w formie?
Diabelska przyszłość
Jak się zatem przedstawia najbliższa przyszłość dla piłkarzy z Anfield? Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów wicemistrzom Anglii przyjdzie rywalizować w Lidze Europejskiej. Tam mają szansę wpaść na drużynę prowadzoną przez swojego byłego trenera, Rafaela Beniteza, czyli Napoli czy też na… mistrzów Polski, Legię Warszawa! Mimo że Liga Europejska, czy wcześniej Puchar UEFA, nigdy nie były bardzo poważane przez zespoły z Wysp Brytyjskich, to tym razem może być inaczej, a to za sprawą nowego przepisu, który wprowadziła UEFA, sprawiającego, że zwycięzca tych rozgrywek automatycznie zyskuje prawo do gry w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. Patrząc na obecną pozycję Liverpoolu w tabeli angielskiej Premier League, może to być fakt, który zaważy na tym, że klub z północno-zachodniej Anglii poważniej podejdzie do Ligi Europejskiej.
W Premier League zaś plany są nieco mniej odległe. W najbliższy weekend piłkarzy z Liverpoolu czeka niedługa podróż do Manchesteru, konkretnie na Old Trafford. Na stadionie, na którym zwyciężyli w zeszłym sezonie aż trzy do zera, tym razem będzie o niebo trudniej wygrać, chociażby dlatego, że gospodarze tego meczu mają na swoim koncie niezłą passę pięciu zwycięstw z rzędu. Bardzo dobrze to starcie określił Graeme Souness, były szkocki piłkarz, obecnie ekspert: „To mecz dwóch drużyn, które można w dość łatwy sposób scharakteryzować. Jedna wygrywa, mimo że gra słabo, a druga przegrywa i gra słabo”. Ta wypowiedź nie przedstawia nadchodzącego meczu w zbyt dobrych barwach, ale niemniej jest to klasyk, spotkanie określane „derbami Anglii” ze względu na ilość trofeów zdobytych przez obie drużyny. Jeśli piłkarze Rodgersa nie chcą, aby Bill Shankly nadal przewracał się w grobie, to muszą wywalczyć choć punkt na terenie odwiecznego rywala.