Za nami wielki czwartek w polskiej piłce. Doświadczyliśmy masy emocji, poczynając od godz. 18 aż do prawie północy. Sześć godzin emocji, skandali, radości, smutku, żalu i wytykania błędów sędziów. Właśnie, sędziowie. Ten wieczór był wyjątkowo dla nich głośny. Zaczęło się od zagrania ręką Sergio Barcii, przechodząc przez uderzenie łokciem w wiślaka, a kończąc na trzech czerwonych kartkach Śląska i bójce na tle rasowym. Dzisiaj przyjrzymy się wszystkim meczom, w których w przeszłości sędziowie przez swoje błędy przeszkodzili polskim drużynom.
Wisła – Panathinaikhos 4:5
Bramy raju były na wyciągnięcie ręki, marzenia Bogusława Cupiała były prawie spełnione. Tym marzeniem była Wisła Kraków w Lidze Mistrzów. Był wtedy ciepły sierpień 2005 roku, trzecia runda kwalifikacji do LM. Pierwszy mecz w Krakowie, świetnie rozegrany przez gospodarzy, choć zaczęty był kiepsko.
Po pierwszych minutach Wisła musiała już odrabiać straty po bramce Emmanuela Olisadebe. Złe dobrego początki, bo po straconej bramce krakowianie zaczęli dominować i strzelać. Nie minął kwadrans, a po świetnym podaniu Tomasza Frankowskiego Paweł Brożek stanął oko w oko z Mario Galinoviciem. Krakowski snajper z chłodną głową wykończył akcję i wyrównał. Na następną bramkę musieliśmy czekać do początku drugiej połowy, wtedy „Franek” zaczął dryblować w polu karnym rywala, przełożył jednego, drugiego, wyszedł naprzeciw bramkarza, ale nie uderzył, bo Kalu Uche odebrał mu piłkę i strzelił po ziemi przy słupku. Wisła wyszła na prowadzenie. 20 minut później Marek Zieńczuk wrzucił w pole karne, a tam czekał Tomasz Frankowski, który głową wykończył akcję. „Franek” miał sporo szczęścia, że strzelił tę bramkę, bo bramkarz prawie ją złapał, ale wpadła w kozioł i wturlała się do bramki.
Pierwszy mecz zakończył się wynikiem 3:1, co było sporą zaliczką przed wyjazdem na trudny teren. Drużyna Jerzego Engela jechała do Aten z pozycji absolutnego faworyta. Wystarczyło tylko dowieźć wynik, zamurować się, ewentualnie wygrać. Awans do piłkarskiego raju był na wyciągnięcie ręki, ale…
Rewanż miał być formalnością
Do przerwy 0:0, Panathinaikos nie uginał się pod naporem ofensywy Wisły, do czego krakowianie nie byli przyzwyczajeni, bo w lidze przeciwnicy zawsze się uginali. A tu niespodzianka, w pierwszej połowie nie udało się nic strzelić. Świetnie pierwszą połowę podsumował wówczas komentujący ten mecz Dariusz Szpakowski.
– Nie wiem. Nie wiem, dlaczego na przerwę zeszliśmy bez gola na koncie. To pytanie krążyło po naszej szatni jeszcze przez długie, długie miesiące – wspomina Baszczyński. – Tak ważny mecz, tak ważny moment… Wszystko w naszej grze układało się jak należy – dyscyplina na boisku, Panathinaikos bezradny. Szczelnie wyprowadzaliśmy akcje, świetnie graliśmy nawet w ataku pozycyjnym. Zabrakło tylko gola.
W drugiej połowie Panathinaikos szybko wyrównał porachunki. Bach, bach i wynik całego dwumeczu uległ wyrównaniu. Najpierw po stałym fragmencie głową trafił Nassief Morris, a dwie minuty później po interwencji Radka Majdana Olisadebe, który stał blisko bramki, strzelił głową. Wiślacy trafili z nieba do piekła. Ale wreszcie po blisko 80 minutach szczęście uśmiechnęło się do Wisły. Radosław Sobolewski strzelił z kapcia zza pola karnego w samo okienko. W tamtym momencie polski klub był w Lidze Mistrzów. Chwilę później jednak doszło do jednego z największych skandali sędziowskich w historii naszej piłki…












