Spotkanie w Gdańsku miało wiele faz. Zarówno Lech, jak i Lechia mieli momenty, w których kontrolowali przebieg spotkania i stwarzali sobie w miarę dobre sytuacje. Bramka z gry jednak w tym spotkaniu nie padła. Stało się to w końcówce meczu z jedenastu metrów, gdy Michał Nalepa zagrał ręką w polu karnym. Takiej sytuacji nie zmarnował Mikael Ishak i zapewnił Lechowi pierwsze zwycięstwo od początku października.
Niepokojący kryzys
Prawie dwa miesiące. Tyle czasu minęło od ostatniego zwycięstwa Lecha Poznań w lidze. Nikt nie spodziewał się, że po wysokiej wygranej 4:1 w Gliwicach drużynę Dariusza Żurawia złapie taki kryzys. Łączenie rozgrywek ligowych z europejskimi pucharami nie do końca dobrze podziałało na poznaniaków – ale okazało się, że to niejedyny ich problem. Do tego doszły katastrofalne błędy w defensywie w końcówkach spotkania, powodowane zbyt szybkim rozluźnieniem przy korzystnych wynikach. To też zostało przeniesione na Ligę Europy, gdzie w zeszły czwartek Lech przegrał 1:2 ze Standardem Liege, tracąc gola w ostatniej akcji meczu. Awans z grupy stał się przez to poza ich zasięgiem.
Atmosfera wokół klubu nie jest najlepsza. Nawet przedłużenie kontraktu z trenerem Żurawiem nie przyniosło wielkiej euforii wśród kibiców, a wielu z nich po prostu nie wierzy w to, że będzie on w stanie wyciągnąć zespół z dołka. Do tego dochodzi krytyka przeprowadzanych zmian w trakcie spotkania.
Lech oczywiście był uważany za minimalnego faworyta spotkania z Lechią. Na papierze ich skład wygląda bardzo dobrze, ale nie zanosiło się jednak na łatwą przeprawę w Gdańsku. Na tym stadionie w ostatnim czasie „Kolejorzowi” nie grało się zbyt dobrze, a ostatnią wygraną odnieśli pięć lat temu.
Utrzymać ofensywny styl
W Lechii przyszedł moment na złapanie oddechu po chwilowym maratonie. Zespół z Gdańska rozegrał trzy spotkania w ciągu siedmiu dni, do tego na dosyć wysokiej intensywności. W końcu można było ujrzeć u nich ofensywną grę, nad którą długo pracował trener Piotr Stokowiec. Kilku zawodników doszło do lepszej formy fizycznej i przede wszystkim krok po kroku udaje się drużynie nadrobić zaległości z początku sezonu. Czasami jeszcze widoczny jest brak wykończenia, co idealnie można było zaobserwować w przegranym spotkaniu z Piastem.
W ostatnim czasie odkryciem w gdańskiej drużynie był Jakub Kałuziński, który musiał zastąpić w środku pola Tomasza Makowskiego. 18-latek momentami wyglądał na zawodnika regularnie grającego w pierwszym zespole i nie dał żadnych podstaw, by nagle z niego rezygnować.
Wiele w tym spotkaniu miało zależeć standardowo od formy skrzydłowych, a najbardziej liczono na kolejne popisy Conrado. Brazylijczyk w przypadku dobrego dnia może w pojedynkę rozstrzygnąć losy spotkania. Patrząc na poczynania obu ekip w ostatnim czasie – pewne było to, że ujrzymy w poniedziałkowy wieczór wiele bramek, bo trudno było się tu spodziewać braku otwartego meczu.
Niespodziewane problemy ofensywne
Od początku spotkania, zgodnie z oczekiwaniami, tempo gry z obu stron było dosyć wysokie. Akcje ofensywne były na przemian z obu stron, minusem był jednak brak konkretów pod obiema bramkami. Dużą czujność wykazywali defensorzy obu drużyn. Niestety z biegiem pierwszej połowy efektywność rozgrywania piłki spadała. Więcej przy piłce byli goście, ale nie mieli kompletnie pomysłu, jak przechytrzyć świetnie sprawujący się duet stoperów Nalepa – Tobers.











