Okres po zakończonych mistrzostwach Europy to czas wszelkich analiz i podsumowań. Tym razem kilka zdań na temat Euro 2012 specjalnie dla czytelników iGola powiedział komentator stacji nSport, która w Polsce ma wyłączne prawo do pokazywania rozgrywek Ligi Mistrzów i Ligi Europy przez najbliższe trzy sezony – Sergiusz Ryczel.
Jak Pan zapamięta ostatni miesiąc? Czy będą to pozytywne emocje związane z wielkim świętem futbolu, które odbyło się w Polsce i na Ukrainie z udziałem najlepszych czternastu ekip Starego Kontynentu, czy raczej będzie Pan to wspominał jako klęskę naszej reprezentacji?
Rozumiem, że świadome jest użycie liczebnika czternaście najlepszych drużyn naszego kontynentu…
Tak.
Komentator stacji nSport, Sergiusz Ryczel (fot. Archiwum prywatne)
Ja się z tym w pełni zgadzam. Natomiast mimo wszystko zapamiętam ten turniej bardzo pozytywnie. Mimo że jestem emocjonalnie – jak każdy z nas – i zawodowo związany z reprezentacją Polski, to nigdy jej źle nie życzyłem. Jednak brałem pod uwagę – jak najbardziej – że to się może nie udać. Byłem świadomym tego, jaki jest nasz potencjał, jaki jest potencjał trenera, który tą kadrą dowodzi, więc dla mnie to nie była wielka rozpacz. Jednak jeśli chodzi o ogólne wrażenie po tych mistrzostwach, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, że większość ekip prezentowała znakomite przygotowanie fizyczne i w zasadzie nie było takich sytuacji jak w ostatnich turniejach, kiedy drużyny po ciężkim sezonie miały duże problemy podczas mistrzostw. Tak w RPA było przecież z Francuzami i przede wszystkim Włochami, bo Francuzi mieli troszeczkę inne problemy. Wtedy ewidentnie było widać, że po trudach sezonu niełatwo jest rozegrać wymagający pojedynek, a trzy razy z rzędu to już w ogóle. Taka jest prawda – sześć meczów to potężna dawka. Na tych mistrzostwach, oczywiście, były drużyny, które musiały się żegnać wcześniej z turniejem, ale to jest normalne. Są to zawsze czołowe ekipy i w przypadku grupy śmierci czy w ćwierćfinałach ktoś musi odpaść. Ale to, że te drużyny się dalej nie kwalifikowały – jak na przykład Francuzi, którzy przegrali z Hiszpanią – nie było skutkiem tego, iż były zmęczone czy źle przygotowane. Nie. Po prostu znajdowały lepszych od siebie. Poziom niemalże wszystkich spotkań był naprawdę bardzo wysoki.
Co więcej, finał moim zdaniem w drugiej połowie był jednym z najmniej ciekawych meczów tych mistrzostw. Dla mnie to był troszeczkę zawód, nie ukrywam. Jednakże to był wskaźnik tego, jak wspaniale prezentowały się wszystkie inne spotkania. Oprócz starcia Hiszpania – Irlandia, które zakończyło się wysoką wygraną Hiszpanów, wszystkie inne potyczki były bardzo wyrównane, nawet mecze Polaków. Chociaż w Europie nie fascynowano się tak spotkaniem Polska – Czechy, to nas starcia Polaków trzymały w napięciu. A wszystkie inne mecze – teoretycznie dla nas mniej istotne – były niesamowicie zacięte. Tylko ten finał właściwie się skończył w 60. minucie – szkoda, że mistrzostwa zakończyły się pół godziny przed ostatnim gwizdkiem.
Boli Pana fakt, że podopieczni Franciszka Smudy mimo nie najgorszej gry zajęli ostatnie miejsce w najsłabszej grupie mistrzostw Europy?
Z tą nie najgorszą grą to można polemizować. Jeśli spojrzymy na statystyki, to była to niemalże najgorsza gra spośród wszystkich drużyn, które występowały w tych mistrzostwach Europy.
Faktycznie, ze statystyk tak wynika… Ale Rosja, która była uważana za zdecydowanego faworyta grupy A, została w pewien sposób powstrzymana przez naszą reprezentację, prawda?
Tylko że mecz meczowi nierówny. Nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę ta Rosja była w stanie zrobić. Przypomnijmy, że po starciu z nami Rosja przegrała z Grecją, z którą my zremisowaliśmy, więc trudno porównywać spotkania i wyciągać z meczu z Rosją wnioski o naszej formie. My ten punkt wydarliśmy, włożyliśmy w to mnóstwo serca. Walczyliśmy jak nasze wojska w najsłynniejszych bitwach. Natomiast tak naprawdę było wiadomo, że ten pojedynek się nie powtórzy, a już na pewno nie powtórzy się na tych mistrzostwach. Takie mecze rozgrywa się raz na parę lat i one mają swoje specyficzne okoliczności. Nie musieliśmy za wszelką cenę wygrać, remis też nam właściwie niczego nam nie gwarantował. Dawał jednak duże pokłady optymizmu. Rzeczywiście, to ten podział punktów nam załatwił.
Wyglądało to spektakularnie dla polskiego kibica. Ja też – powiem szczerze – byłem zadowolony z tego remisu. Chociaż byłem w pełni świadomy, że to nie zmienia faktu, że musimy wygrać z Czechami. I nie zmienia to faktu, że na pewno w taki sposób jak z Rosją z Czechami grać się nie da, z Czechami takiego meczu nie rozegramy. Jestem zadowolony, że nasi piłkarze dali narodowi i kibicom coś ekstra. Dali im dużą dawkę optymizmu i przede wszystkim dużą dawkę emocji. Żyliśmy do końca fazy grupowej. Do starcia z Czechami, do tej minuty, w której straciliśmy gola, cały czas byliśmy w grze i to się liczy. Entuzjazm po meczu z Rosją był ogromny. Żal czy nie żal? Ja naprawdę wiedziałem, że to nie jest trener, który jest w stanie poprowadzić ten zespół do triumfów, ponieważ nie odnosiliśmy ważnych zwycięstw w meczach towarzyskich. O ile w ogóle można mówić o ważnych zwycięstwach w sparingach… bo takich nie ma. Spotkania towarzyskie są, jakie są. Najlepiej to widać po tym, jak Rosja w sparingu ograła Włochy 3:0, a potem odpadła w fazie grupowej, Włosi zaś dotarli do finału.
Forma przed Euro nie jest wykładnikiem dyspozycji żadnej drużyny. Tak powiedział kiedyś Andrzej Strejlau i wypada się z tym zgodzić.
My rozgrywaliśmy przed mistrzostwami tylko mecze towarzyskie i to był jedyny wykładnik naszej formy. Mimo że mierzyliśmy się z mocnymi rywalami, mimo niezłych potyczek z Niemcami, Stanami Zjednoczonymi, Koreą, nie wygrywaliśmy, no i dokładnie to samo zaprezentowaliśmy na Euro. Graliśmy, walczyliśmy. Udało się remisować, ale cóż z tego? Wiadomo, że na Euro trzeba wygrywać, żeby awansować dalej. Dlaczego mieliśmy pierwszy ważny mecz na Euro wygrać, skoro wcześniej się nam to nie udawało z nikim? Przecież nie wygraliśmy z żadnym finalistą Euro w tej serii starć towarzyskich. Trener Smuda nie miał żadnego doświadczenia w prowadzeniu reprezentacji.
Pół żartem, pół serio mówi się, że selekcjoner Franciszek Smuda wyczerpał limit szczęścia, gdy pracował w klubach, i dlatego mu się nie udało osiągnąć sukcesu podczas mistrzostw Europy.
Tu nie chodzi o szczęście. Ale weźmy pod uwagę to, kiedy Franciszek Smuda trenował Widzew. W 1996 roku. A to było szesnaście lat temu. Jeśli ktoś przestaje się rozwijać jako trener, a liczy na bazowanie na tym, co się kiedyś udawało, to nie wróży najlepiej.
Jednym z głównych zarzutów wobec Franciszka Smudy po meczu z Czechami było to, że nie postawił na bardziej ofensywne rozwiązanie. Gdyby był Pan na miejscu selekcjonera reprezentacji Polski, wybrałby Pan podobne ustawienie w spotkaniu z naszymi południowymi sąsiadami czy jednak zdecydowałby się Pan na bardziej ofensywną formację – jak chociażby Włosi w spotkaniu z Hiszpanią, którzy nie przestraszyli się swojego rywala?
Nie przestraszyli się, bo się przestraszyć nie mogli. Trudno powiedzieć. To nie o to chodzi, czy wyjdą ofensywnie czy defensywnie. Chodzi o to, na co stać polski zespół, co jest w stanie zrobić. Nigdy nie graliśmy trójką defensywnych pomocników, a zrobiliśmy to w meczu z Rosją. W tym – jak już mówiłem – bardzo specyficznym pojedynku niemalże pewne było to, że nie będziemy w stanie z Czechami tak modulować tego ustawienia, żeby odnieść sukces. Przecież oni nie wiedzieli, jak grać. Naprawdę ta trójka defensywnych pomocników to nie są Pirlo, De Rossi i Marchisio. Powiedzmy, że Pirlo i De Rossiego można uznawać za takich defensywnych. Z tym że Pirlo to jest facet jedyny w swoim rodzaju, który zaczyna wyprowadzanie akcji z głębi pola, przejmując piłkę od obrońców. A my, z całym szacunkiem dla naszego Murawskiego, dla naszego Dudki, którzy prochu nie wymyślą, nie mamy nikogo takiego.
Jak Pan oceni spotkanie finałowe? Czy nie gryzie Pana to, że Hiszpania zostawiła tyle amunicji na sam koniec i bez żadnej litości wystrzelała ją na swoim rywalu, który miał – nie ma co ukrywać – swoje problemy?
W samym meczu finałowym Włosi mieli mnóstwo problemów, ale mieli je już wcześniej. Ponoć Cesare Prandelli doskonale wiedział, że Chieillini gra na ryzyku, że Motta gra na ryzyku, że De Rossi gra na ryzyku i paru innych piłkarzy również. Włosi byli przemęczeni, no ale co mieli zrobić? To tez świadczy o tym, że Cesare Prandelli wyciągnął maksimum z tej reprezentacji. Zwróćmy uwagę, że oprócz młodziutkiego Balotellego grali piłkarze właściwie w kwiecie wieku.
Średnia wieku to prawie 28 lat.
To jest średnia wieku całej reprezentacji, nie wyjściowej jedenastki. Średnia wieku wyjściowej jedenastki, wydaje mi się, powinna być wyższa. Na przykład taki Balzaretti, umówmy się, w Europie jest mało znanym zawodnikiem. Ma 30 lat.
Ale z kolei Abate to 25-latek…
Abate nie zawsze grał w wyjściowym składzie. Akurat w finale wystąpił. Mówię jednak o Bonuccim, Barzaglim, Cheillinim. To są doświadczeni piłkarze. Okej, Abate jak najbardziej, Balotelli jak najbardziej. Zresztą ci piłkarze 28-letni czy 29-letni to też są gracze, którzy mogą zagrać w eliminacjach i na mundialu, ale mimo wszystko cały czas jest ten problem. Taki Di Natale to superchłopak. Jest to człowiek, który ma swoje lata na karku i jest cały czas napastnikiem Udinese. Z jakiegoś powodu, mimo że regularnie zdobywa gole, nie jest piłkarzem Milanu, Juventusu, Interu, Romy czy innego czołowego zespołu Serie A.
A propos Di Natale. Prandelli chyba zrobił, co mógł, prawda? Wprowadził na plac gry Balzarettiego, który rozruszał lewą stronę. Wprowadził Di Natale, który mógł też na początku drugiej odsłony wpisać się na listę strzelców.
Prandelli zrobił, co mógł. Najprawdopodobniej Riccardo Montolivo też już nie potrafił biegać. Prandelli to nie jest głupek i wiedział, co robi. Miał świadomość tego, że wprowadzanie Motty jest ryzykiem, jeśli chodzi o potencjalne odniesienie urazu przez tego zawodnika. No ale z drugiej strony, skoro widział, że Montilivo już oddycha rękawami, to musiał go zmienić. Motta gra na podobnej pozycji. Z tym że Montolivo potrafi zagrać nawet jak napastnik. Natomiast Motta to zawodnik środka pola i tam bardziej chodziło prawdopodobnie o walkę z Xavim, Iniestą i Busquetsem. Z tymi piłkarzami, którzy stanowili największe zagrożenie i siali postrach swoimi prostopadłymi podaniami. Bo przecież Iniesta, Busquets i dwa razy Xavi dogrywali przy zdobytych bramkach. Ta cała trójka, o której mówię, posyłała te prostopadłe podania. Zagrania, które wykorzystywali kolejni piłkarze reprezentacji Hiszpanii.
To była taka tiki-taka w wersji turbo.
Może to sformułowanie nie jest najgorsze. To był futbol XXI wieku. Okazało się, że w końcówce także Torres może pasować do tej tiki-taki. Bo ja w ogóle myślę, że to jest fantastyczny napastnik. Tylko że jego pech polega na tym, że z jakiegoś powodu nie pasuje idealnie do zespołu. Do tego stopnia, że trener woli zagrać Fabregasem niż Torresem, ponieważ Fabregas jest jakby częściej przydatny w grze całego zespołu. A Torres może wejść, tak jak wszedł na piętnaście minut i jednego gola strzelił, a drugiego wypracował. W obu przypadkach to podanie prostopadłe szło do niego. Raz sam zakończył akcję, a raz dograł do Juana Maty, więc to była Hiszpania nie z tej ziemi. To był mecz, który przerósł oczekiwania wszystkich, jeśli chodzi o postawę kadry Hiszpanii. Chyba najwięksi kibice tej reprezentacji nie myśleli, że drużyna może tak zagrać w szóstym meczu turnieju. W meczu, który kończył tak strasznie ciężki sezon. Barcelona odpadła dopiero w półfinale Ligi Mistrzów, ale potem jeszcze rozgrywała finał Pucharu Króla pod koniec maja, więc ci piłkarze praktycznie z marszu przystępowali do turnieju i tak go fantastycznie wytrzymali.