Brak głośnych transferów i fatalny początek sezonu uczyniły beniaminka z Burnley głównym kandydatem do spadku. Ostatnia passa trzech meczów bez porażki oraz ambitna postawa zespołu przywróciły jednak fanom „The Clarets” nadzieję, że uda się uniknąć powtórki sprzed pięciu lat, kiedy ich ulubieńcy spadli z ekstraklasy od razu po wywalczeniu długo wyczekiwanego awansu.
Sezon 2009/2010 był dla Burnley debiutem w Premier League, a zarazem powrotem do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii po 33 latach nieobecności. Dla kibiców klubu, który może pochwalić się dwoma mistrzostwami kraju (w tym jednym zdobytym już w okresie powojennym – w 1960 r.), to piłkarska wieczność. W przypływie euforii po upragnionej promocji do ekstraklasy chyba żaden sympatyk zespołu z Turf Moor nie przewidywał czarnego scenariusza, mimo iż klub z hrabstwa Lancashire dysponował wówczas jednym z najsłabszych personalnie zespołów w elicie.
Latem 2009 r. nie dokonano zbyt wielu znaczących wzmocnień (najwartościowszym nabytkiem był obecny snajper Sunderladu, Szkot Steven Fletcher), licząc, że drużyna, która pokonała w barażach o awans Sheffield United (1:0), poradzi sobie równie dobrze w rywalizacji z najlepszymi klubami w Anglii. Domowe zwycięstwa ze średniakami, nierzadko odnoszone po ciężkiej walce, przeplatane były wysokimi porażkami z najmożniejszymi ligi, na tle których drużyna Burnley wyglądała jak zespół młodzieżowy aspirujący dopiero do gry na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.
Z niewielkiego potencjału drużyny doskonale zdawał sobie sprawę ówczesny menedżer „The Clarets” – Owen Coyle, który za plecami właściciela i zarządu negocjował kontrakt z władzami Boltonu Wanderers, klubu mającego swoją siedzibę ledwie kilkadziesiąt mil od Burnley. Kuszony większymi zarobkami i wizją budowy zespołu nawet na miarę europejskich pucharów Irlandczyk zdecydował się już na początku stycznia opuścić Turf Moor, ku niezadowoleniu ubóstwiających go dotychczas kibiców.
Nowym trenerem zespołu grającego w charakterystycznych bordowych koszulkach został mało znany i utytułowany Brian Laws, który do momentu objęcia posady w Burnley pracował wyłącznie w niższych ligach angielskich (głównie na trzecim i czwartym poziomie rozgrywkowym). Niedoświadczony trener, mający jednak bogatą przeszłość piłkarską (m.in. Middlesbrough czy Nottingham Forrest), nie poradził sobie z zadaniem utrzymania zespołu w Premier League, co było naturalną konsekwencją nagłego porzucenia zespołu przez Coyle’a. Okazało się, że drużyna nie posiada odpowiedniej jakości, aby na dłużej zadomowić się wśród najlepszych.
Z 24 porażkami na koncie (najwięcej w całej ekstraklasie, wspólnie z Portsmouth) i niechlubną liczbą 82 straconych goli (najgorsza wówczas defensywa ligi) „The Clarets” szybko opuszczali elitę, do której aspirowali przez ponad ćwierć wieku. Kibicom zespołu ponownie zajrzało w oczy widmo długiej rywalizacji co najwyżej na zapleczu angielskiej ekstraklasy.
Rzeczywistość okazała się jednak nieco bardziej łaskawa dla Burnley FC. Po spadku z Premier League zatrzymano w klubie większość piłkarzy, ale mimo ich niezłej postawy na boiskach Championship (ostatecznie 8. miejsce) nie udało się po roku wrócić do najwyższej klasy rozgrywkowej. Także w dwóch kolejnych sezonach drużyna prowadzona już przez Eddiego Howe’a (obecnego trenera rewelacji Championship – AFC Bournemouth, w którego bramce stoi Artur Boruc) zajmowała miejsce w środku ligowej stawki na zapleczu Premier League.
W pażdzierniku 2012 r. Howe otrzymał propozycję powrotu do macierzystego klubu, w którym jako zawodnik, a potem także menedżer, spędził większość swojej piłkarskiej kariery. Zarząd Burnley nadspodziewanie łatwo zgodził się na odejście Howe’a, uznając najwyraźniej, że po niespełna trzech latach stagnacji klub potrzebuje nowego impulsu.
Z wyborem następcy Howe’a nie było żadnych kłopotów. Od początku faworytem władz „The Clarets” był charyzmatyczny Sean Dyche, zwolniony nieco wcześniej z Watfordu z powodów pozasportowych (nowy włoski właściciel klubu z Vicarage Road zażyczył sobie zatrudnienia rodaka, Gianfranco Zoli, w roli trenera pierwszego zespołu). Ten wybór okazał się prawdziwym strzałem w dzięsiątkę.
Dyche od pierwszych dni swojej kadencji na Turf Moor rozpoczął wprowadzanie nowych porządków. Pochodzący z Kettering menedżer postawił głównie na solidne przygotowanie fizyczne zespołu. Swoją energiczną osobą natchnął wielu zawodników, popadających już nieco w piłkarski marazm, wiarą w możliwość osiągnięcia sukcesu, jakim niewątpliwie byłby awans do angielskiej ekstraklasy. Postawił na pracę u podstaw, licząc, że jej efekty przyjdą wcześniej niż po 2,5 roku (na taki czas podpisał kontrakt z klubem). Rezultaty działań Dyche’a przeszły jednak najśmielsze oczekiwania kibiców. W pierwszym sezonie jego pracy drużyna zakończyła sezon co prawda na 11. miejscu, ale zanotowała ledwie siedmiopunktową stratę do miejsca barażowego, odbierając punkty na finiszu sezonu nawet zespołom z czołówki.
W kampanii 2013/2014 drużyna Burnley funkcjonowała tak, jak chciał jej charyzmatyczny trener – często stosowała wysoki pressing, imponowała przygotowaniem atletyczno-motorycznym oraz waleczną postawą do ostatnich minut meczu. Równa forma zespołu „The Clarets” na przestrzeni całego sezonu i świetna atmosfera w szatni zaowocowały pewnym awansem do Premier League. Chłopcy Dyche’a ukończyli sezon na drugim miejscu z dorobkiem 93 punktów i zaledwie pięcioma porażkami, notując przy tym fantastyczną serię szesnastu kolejnych meczów ligowych bez porażki zakończoną dopiero przez zeszłorocznego mistrza Championship – Leicester City.
Przed sezonem prawie nikt nie przypuszczał, że po pięciu latach przerwy uda się powrócić w szeregi najlepszych zespołów w Anglii. Burnley nie było wymieniane przez ekspertów w roli faworyta do awansu ani nawet jako czarny koń rozgrywek Championship. Dyche’owi udało się stworzyć z typowego ligowego średniaka ambitny zespół, niezwykle trudny do pokonania. Potrafił sprawić, aby większość zawodników „The Clarets” osiągnęła w tym samym czasie optymalną formę, notując najlepszy okres w karierze. Wystarczy tylko spojrzeć na jakość przeprowadzanych akcji ofensywnych i strzelanych przez Burnley bramek w ubiegłym sezonie…
Znakiem charakterystycznym zespołu „The Clarets” stała się również bardzo solidna defensywa (37 goli straconych w 46 meczach – najlepszy wynik w lidze), na czele z będącym w życiowej dyspozycji bramkarzem wychowanym na Old Trafford, Tomem Heatonem. To wszystko jest zasługą samego menedżera, ale także jego znakomicie dobranego sztabu szkoleniowego odznaczającego się niezwykłą fachowością i skrupulatnością w działaniu – nic w Burnley nie zostało pozostawione przypadkowi.
Dlatego też nie było wielkim problemem zastąpienie poprzedniego lidera formacji ofensywnej, obecnego napastnika QPR – Charliego Austina, który rozegrał w bordowych barwach 82 spotkania, strzelając gola w co drugim występie. Sam Vokes i Danny Ings w poprzednim sezonie pokonywali bramkarzy rywali w sumie aż 41 razy (najlepszy duet napastników Burnley od czasów Andy’ego Lochheada i Williego Irvine’a grających w latach 60.). W Burnley szybko zapomniano więc o Owenie Coyle’u w myśl zasady „umarł król, niech żyje król”.
Sean Dyche, nazywany ze względu na swoją charyzmę, pewność siebie i cechy przywódcze „Rudym Mourinho” („Ginger Mou”), stał się nowym idolem kibiców „The Clarets”. Menedżer zespołu z Turf Moor zainspirował jednego z najwierniejszych kibiców, Dave’a Thomasa, do napisania obszernej książki na temat wyjątkowego sezonu 2013/2014 zakończonego niespodziewanym sukcesem w postaci awansu do ekstraklasy.
Premier League weryfikuje beniaminków
Najważniejszym celem Dyche’a jest teraz, możliwie jak najszybsze, utrzymanie zespołu Burnley w elicie. Zadanie to wydaje się niezwykle trudne zważywszy na budżety i kadry, jakimi dysponują zespoły Barclays Premier League. Ponadto w klubie nie dokonano zbyt wielu transferów, w sumie wydając niecałe 10 milionów funtów, głównie na zawodników formacji ofensywnej (napastnicy George Boyd, Lukas Jutkiewicz i Marvin Sordell oraz skrzydłowi Michael Kightly i Matthew Taylor).
Władze klubu liczyły, że znakomita praca wykonana przez rudowłosego trenera w Championship przyniesie efekty także w ekstraklasie. W ostatnich latach kilku beniaminków próbowało już konkurować z najlepszymi w niemal niezmienionym składzie, ale niewielu z nich uniknęło natychmiastowej degradacji. Menedżerowie tych zespołów bardzo rzadko byli w stanie utrzymać posadę do końca rozgrywek.
Słynący z dużej elokwencji Dyche zapytany przez angielskich dziennikarzy, co sądzi na temat szybkich zwolnień trenerów, którzy uzyskiwali ze swoim zespołem na przestrzeni ostatnich czterech lat awans do Premier League, odpowiedział swoim charakterystycznym zachrypniętym głosem: – C’est la vie (Takie jest życie – przyp. red.). Co możesz z tym zrobić? Pozostaje mi jedynie ciężko pracować, aby prawidłowo przygotować zespół. Ja moim zawodnikom daję z siebie wszystko i tego samego oczekuję od nich.
Fatalny początek sezonu (aż 10 meczów bez zwycięstwa!) kazał przypuszczać, że Burnley podzieli los poprzednich beniaminków, które nie wykorzystały ogromnego zastrzyku gotówki po awansie do Premier League (ponad 100 milionów funtów) na solidne wzmocnienia. W ostatnich tygodniach „The Clarets” w końcu się przełamali (domowe zwycięstwo 1:0 z Hull City odniesione na początku listopada) i od trzech spotkań pozostają niepokonani, uzyskując w tym czasie 7 z 9 możliwych do zdobycia punktów.
W trakcie niekorzystnej dla zespołu serii władze raczej nie zastanawiały się nad zwolnieniem Dyche’a, chociaż dla wielu ekspertów był on najpoważniejszym kandydatem do utraty posady. Cierpliwość decydentów opłaciła się, ponieważ Burnley nie tylko notuje dobre wyniki, ale nareszcie wygląda na dobrze zorganizowany i solidny zespół, jak w poprzedniej kampanii. Poprawie uległa gra defensywna całej drużyny, do której było na początku sezonu mnóstwo zastrzeżeń. Poza tym „The Clarets” zaczęli sobie stwarzać nieco więcej sytuacji podbramkowych, czego efektem są bramki strzelane w każdym z ostatnich trzech meczów.
Danny Ings – najwatościowszy zawodnik poprzedniej kampanii Championship, a obecnie najlepszy strzelec Burnley FC w Premier League.
Na gwiazdę zespołu wyrasta 22-letni napastnik Danny Ings. W swoim debiutanckim sezonie w Premier League (podobnie zresztą jak większość kolegów z drużyny) angielski napastnik strzelił już cztery gole (na 9 zdobytych przez całą drużynę), w tym dwa w pierwszym wygranym meczu wyjazdowym tego sezonu (2:1 ze Stoke City). Był to drugi dublet z rzędu ustrzelony przez młodego napastnika Burnley, bowiem kilka dni wcześniej Ings zaaplikował dwie bramki w towarzyskim meczu reprezentacji Anglii U-21 z rówieśnikami z Portugalii (3:1).
Duże zainteresowanie utalentowanym piłkarzem, który został uznany w poprzednim sezonie za najlepszego zawodnika Championship, wyraża Newcastle. Dla Burnley byłaby to z pewnością duża strata, ale biorąc pod uwagę analogiczną sytuację z odejściem Austina, wydaje się, że Dyche poradziłby sobie także bez Ingsa. Tym bardziej, że ma w swoim zespole cały czas niewykorzystany potencjał piłkarski w postaci George’a Boyda, Marvina Sordella czy Lukasa Jutkiewicza.
Ten ostatni może pochwalić się polskimi korzeniami (jego dziadek jest Polakiem), ale równie dobrze może grać dla reprezentacji Anglii lub Irlandii. To zresztą nie jedyny polski wątek w klubie z Turf Moor. Na wypożyczeniu w York City przebywa aktualnie, urodzony w Krakowie, bramkarz Alex Cisak. Były golkiper Oldham Athletic rozegrał już kilka meczów w reprezentacjach młodzieżowych Australii (gdzie wraz z matką przeprowadził się w wieku 2 lat), ale nie zamyka mu to drogi do ewentualnych występów w biało-czerwonej koszulce z orzełkiem na piersi. Jednym ze współwłaścicieli Burnley jest natomiast biznesmen o swojsko brzmiącym nazwisku – John Banaszkiewicz. Związki właściciela sieci firm eksportujących do Azji tzw. materiały pochodne z naszym krajem wydają się jednak zbyt odległe, aby móc nazywać dobrodzieja Burnley Polakiem.
Dla ambitnego zespołu „The Clarets” nadchodzi czas weryfikacji. Terminarz na początku sezonu był dla beniaminka grającego w bordowych koszulkach niezwykle wymagający (mecze m.in. z Chelsea, Swansea czy Manchesterem United). Wydaje się jednak, że okres adaptacji w najwyższej klasie rozgrywkowej gracze Seana Dyche’a mają już za sobą. W związku z ostatnimi korzystnymi wynikami wzrasta także pewność siebie zawodników, którzy nie mają zbyt dużego doświadczenia na boiskach Premier League.
W najbliższym czasie piłkarzy grających na Wyspach czeka prawdziwy grudniowy maraton spotkań, który nierzadko weryfikuje cele na cały sezon. W tym okresie Burnley będzie musiało stawić czoła wielu drużynom z górnej części tabeli, m.in. Southamptonowi, Manchesterowi City czy Tottenhamowi. Biorąc pod uwagę niezwykłą charyzmę menedżera „The Clarets”, pozostaje mieć nadzieję, że jego piłkarze podejmą walkę z bogatszymi od siebie przeciwnikami i udowodnią, że filozofia prowadzenia zespołu proponowana przez ekscentrycznego Dyche’a może przynosić korzystne efekty także na najwyższym poziomie rozgrywek.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Brak głośnych transferów i fatalny początek sezonu uczyniły beniaminka z Burnley głównym kandydatem do spadku. Ostatnia passa trzech meczów bez porażki oraz ambitna postawa zespołu przywróciły jednak fanom „The Clarets” nadzieję, że uda się uniknąć powtórki sprzed pięciu lat, kiedy ich ulubieńcy spadli z ekstraklasy od razu po wywalczeniu długo wyczekiwanego awansu.
Sezon 2009/2010 był dla Burnley debiutem w Premier League, a zarazem powrotem do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii po 33 latach nieobecności. Dla kibiców klubu, który może pochwalić się dwoma mistrzostwami kraju (w tym jednym zdobytym już w okresie powojennym – w 1960 r.), to piłkarska wieczność. W przypływie euforii po upragnionej promocji do ekstraklasy chyba żaden sympatyk zespołu z Turf Moor nie przewidywał czarnego scenariusza, mimo iż klub z hrabstwa Lancashire dysponował wówczas jednym z najsłabszych personalnie zespołów w elicie.
Latem 2009 r. nie dokonano zbyt wielu znaczących wzmocnień (najwartościowszym nabytkiem był obecny snajper Sunderladu, Szkot Steven Fletcher), licząc, że drużyna, która pokonała w barażach o awans Sheffield United (1:0), poradzi sobie równie dobrze w rywalizacji z najlepszymi klubami w Anglii. Domowe zwycięstwa ze średniakami, nierzadko odnoszone po ciężkiej walce, przeplatane były wysokimi porażkami z najmożniejszymi ligi, na tle których drużyna Burnley wyglądała jak zespół młodzieżowy aspirujący dopiero do gry na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.
Z niewielkiego potencjału drużyny doskonale zdawał sobie sprawę ówczesny menedżer „The Clarets” – Owen Coyle, który za plecami właściciela i zarządu negocjował kontrakt z władzami Boltonu Wanderers, klubu mającego swoją siedzibę ledwie kilkadziesiąt mil od Burnley. Kuszony większymi zarobkami i wizją budowy zespołu nawet na miarę europejskich pucharów Irlandczyk zdecydował się już na początku stycznia opuścić Turf Moor, ku niezadowoleniu ubóstwiających go dotychczas kibiców.
Nowym trenerem zespołu grającego w charakterystycznych bordowych koszulkach został mało znany i utytułowany Brian Laws, który do momentu objęcia posady w Burnley pracował wyłącznie w niższych ligach angielskich (głównie na trzecim i czwartym poziomie rozgrywkowym). Niedoświadczony trener, mający jednak bogatą przeszłość piłkarską (m.in. Middlesbrough czy Nottingham Forrest), nie poradził sobie z zadaniem utrzymania zespołu w Premier League, co było naturalną konsekwencją nagłego porzucenia zespołu przez Coyle’a. Okazało się, że drużyna nie posiada odpowiedniej jakości, aby na dłużej zadomowić się wśród najlepszych.
Z 24 porażkami na koncie (najwięcej w całej ekstraklasie, wspólnie z Portsmouth) i niechlubną liczbą 82 straconych goli (najgorsza wówczas defensywa ligi) „The Clarets” szybko opuszczali elitę, do której aspirowali przez ponad ćwierć wieku. Kibicom zespołu ponownie zajrzało w oczy widmo długiej rywalizacji co najwyżej na zapleczu angielskiej ekstraklasy.
Rzeczywistość okazała się jednak nieco bardziej łaskawa dla Burnley FC. Po spadku z Premier League zatrzymano w klubie większość piłkarzy, ale mimo ich niezłej postawy na boiskach Championship (ostatecznie 8. miejsce) nie udało się po roku wrócić do najwyższej klasy rozgrywkowej. Także w dwóch kolejnych sezonach drużyna prowadzona już przez Eddiego Howe’a (obecnego trenera rewelacji Championship – AFC Bournemouth, w którego bramce stoi Artur Boruc) zajmowała miejsce w środku ligowej stawki na zapleczu Premier League.
W pażdzierniku 2012 r. Howe otrzymał propozycję powrotu do macierzystego klubu, w którym jako zawodnik, a potem także menedżer, spędził większość swojej piłkarskiej kariery. Zarząd Burnley nadspodziewanie łatwo zgodził się na odejście Howe’a, uznając najwyraźniej, że po niespełna trzech latach stagnacji klub potrzebuje nowego impulsu.
Z wyborem następcy Howe’a nie było żadnych kłopotów. Od początku faworytem władz „The Clarets” był charyzmatyczny Sean Dyche, zwolniony nieco wcześniej z Watfordu z powodów pozasportowych (nowy włoski właściciel klubu z Vicarage Road zażyczył sobie zatrudnienia rodaka, Gianfranco Zoli, w roli trenera pierwszego zespołu). Ten wybór okazał się prawdziwym strzałem w dzięsiątkę.
Dyche od pierwszych dni swojej kadencji na Turf Moor rozpoczął wprowadzanie nowych porządków. Pochodzący z Kettering menedżer postawił głównie na solidne przygotowanie fizyczne zespołu. Swoją energiczną osobą natchnął wielu zawodników, popadających już nieco w piłkarski marazm, wiarą w możliwość osiągnięcia sukcesu, jakim niewątpliwie byłby awans do angielskiej ekstraklasy. Postawił na pracę u podstaw, licząc, że jej efekty przyjdą wcześniej niż po 2,5 roku (na taki czas podpisał kontrakt z klubem). Rezultaty działań Dyche’a przeszły jednak najśmielsze oczekiwania kibiców. W pierwszym sezonie jego pracy drużyna zakończyła sezon co prawda na 11. miejscu, ale zanotowała ledwie siedmiopunktową stratę do miejsca barażowego, odbierając punkty na finiszu sezonu nawet zespołom z czołówki.
W kampanii 2013/2014 drużyna Burnley funkcjonowała tak, jak chciał jej charyzmatyczny trener – często stosowała wysoki pressing, imponowała przygotowaniem atletyczno-motorycznym oraz waleczną postawą do ostatnich minut meczu. Równa forma zespołu „The Clarets” na przestrzeni całego sezonu i świetna atmosfera w szatni zaowocowały pewnym awansem do Premier League. Chłopcy Dyche’a ukończyli sezon na drugim miejscu z dorobkiem 93 punktów i zaledwie pięcioma porażkami, notując przy tym fantastyczną serię szesnastu kolejnych meczów ligowych bez porażki zakończoną dopiero przez zeszłorocznego mistrza Championship – Leicester City.
Przed sezonem prawie nikt nie przypuszczał, że po pięciu latach przerwy uda się powrócić w szeregi najlepszych zespołów w Anglii. Burnley nie było wymieniane przez ekspertów w roli faworyta do awansu ani nawet jako czarny koń rozgrywek Championship. Dyche’owi udało się stworzyć z typowego ligowego średniaka ambitny zespół, niezwykle trudny do pokonania. Potrafił sprawić, aby większość zawodników „The Clarets” osiągnęła w tym samym czasie optymalną formę, notując najlepszy okres w karierze. Wystarczy tylko spojrzeć na jakość przeprowadzanych akcji ofensywnych i strzelanych przez Burnley bramek w ubiegłym sezonie…
Znakiem charakterystycznym zespołu „The Clarets” stała się również bardzo solidna defensywa (37 goli straconych w 46 meczach – najlepszy wynik w lidze), na czele z będącym w życiowej dyspozycji bramkarzem wychowanym na Old Trafford, Tomem Heatonem. To wszystko jest zasługą samego menedżera, ale także jego znakomicie dobranego sztabu szkoleniowego odznaczającego się niezwykłą fachowością i skrupulatnością w działaniu – nic w Burnley nie zostało pozostawione przypadkowi.
Dlatego też nie było wielkim problemem zastąpienie poprzedniego lidera formacji ofensywnej, obecnego napastnika QPR – Charliego Austina, który rozegrał w bordowych barwach 82 spotkania, strzelając gola w co drugim występie. Sam Vokes i Danny Ings w poprzednim sezonie pokonywali bramkarzy rywali w sumie aż 41 razy (najlepszy duet napastników Burnley od czasów Andy’ego Lochheada i Williego Irvine’a grających w latach 60.). W Burnley szybko zapomniano więc o Owenie Coyle’u w myśl zasady „umarł król, niech żyje król”.
Sean Dyche, nazywany ze względu na swoją charyzmę, pewność siebie i cechy przywódcze „Rudym Mourinho” („Ginger Mou”), stał się nowym idolem kibiców „The Clarets”. Menedżer zespołu z Turf Moor zainspirował jednego z najwierniejszych kibiców, Dave’a Thomasa, do napisania obszernej książki na temat wyjątkowego sezonu 2013/2014 zakończonego niespodziewanym sukcesem w postaci awansu do ekstraklasy.
Premier League weryfikuje beniaminków
Najważniejszym celem Dyche’a jest teraz, możliwie jak najszybsze, utrzymanie zespołu Burnley w elicie. Zadanie to wydaje się niezwykle trudne zważywszy na budżety i kadry, jakimi dysponują zespoły Barclays Premier League. Ponadto w klubie nie dokonano zbyt wielu transferów, w sumie wydając niecałe 10 milionów funtów, głównie na zawodników formacji ofensywnej (napastnicy George Boyd, Lukas Jutkiewicz i Marvin Sordell oraz skrzydłowi Michael Kightly i Matthew Taylor).
Władze klubu liczyły, że znakomita praca wykonana przez rudowłosego trenera w Championship przyniesie efekty także w ekstraklasie. W ostatnich latach kilku beniaminków próbowało już konkurować z najlepszymi w niemal niezmienionym składzie, ale niewielu z nich uniknęło natychmiastowej degradacji. Menedżerowie tych zespołów bardzo rzadko byli w stanie utrzymać posadę do końca rozgrywek.
Słynący z dużej elokwencji Dyche zapytany przez angielskich dziennikarzy, co sądzi na temat szybkich zwolnień trenerów, którzy uzyskiwali ze swoim zespołem na przestrzeni ostatnich czterech lat awans do Premier League, odpowiedział swoim charakterystycznym zachrypniętym głosem: – C’est la vie (Takie jest życie – przyp. red.). Co możesz z tym zrobić? Pozostaje mi jedynie ciężko pracować, aby prawidłowo przygotować zespół. Ja moim zawodnikom daję z siebie wszystko i tego samego oczekuję od nich.
Fatalny początek sezonu (aż 10 meczów bez zwycięstwa!) kazał przypuszczać, że Burnley podzieli los poprzednich beniaminków, które nie wykorzystały ogromnego zastrzyku gotówki po awansie do Premier League (ponad 100 milionów funtów) na solidne wzmocnienia. W ostatnich tygodniach „The Clarets” w końcu się przełamali (domowe zwycięstwo 1:0 z Hull City odniesione na początku listopada) i od trzech spotkań pozostają niepokonani, uzyskując w tym czasie 7 z 9 możliwych do zdobycia punktów.
W trakcie niekorzystnej dla zespołu serii władze raczej nie zastanawiały się nad zwolnieniem Dyche’a, chociaż dla wielu ekspertów był on najpoważniejszym kandydatem do utraty posady. Cierpliwość decydentów opłaciła się, ponieważ Burnley nie tylko notuje dobre wyniki, ale nareszcie wygląda na dobrze zorganizowany i solidny zespół, jak w poprzedniej kampanii. Poprawie uległa gra defensywna całej drużyny, do której było na początku sezonu mnóstwo zastrzeżeń. Poza tym „The Clarets” zaczęli sobie stwarzać nieco więcej sytuacji podbramkowych, czego efektem są bramki strzelane w każdym z ostatnich trzech meczów.
Danny Ings – najwatościowszy zawodnik poprzedniej kampanii Championship, a obecnie najlepszy strzelec Burnley FC w Premier League.
Na gwiazdę zespołu wyrasta 22-letni napastnik Danny Ings. W swoim debiutanckim sezonie w Premier League (podobnie zresztą jak większość kolegów z drużyny) angielski napastnik strzelił już cztery gole (na 9 zdobytych przez całą drużynę), w tym dwa w pierwszym wygranym meczu wyjazdowym tego sezonu (2:1 ze Stoke City). Był to drugi dublet z rzędu ustrzelony przez młodego napastnika Burnley, bowiem kilka dni wcześniej Ings zaaplikował dwie bramki w towarzyskim meczu reprezentacji Anglii U-21 z rówieśnikami z Portugalii (3:1).
Duże zainteresowanie utalentowanym piłkarzem, który został uznany w poprzednim sezonie za najlepszego zawodnika Championship, wyraża Newcastle. Dla Burnley byłaby to z pewnością duża strata, ale biorąc pod uwagę analogiczną sytuację z odejściem Austina, wydaje się, że Dyche poradziłby sobie także bez Ingsa. Tym bardziej, że ma w swoim zespole cały czas niewykorzystany potencjał piłkarski w postaci George’a Boyda, Marvina Sordella czy Lukasa Jutkiewicza.
Ten ostatni może pochwalić się polskimi korzeniami (jego dziadek jest Polakiem), ale równie dobrze może grać dla reprezentacji Anglii lub Irlandii. To zresztą nie jedyny polski wątek w klubie z Turf Moor. Na wypożyczeniu w York City przebywa aktualnie, urodzony w Krakowie, bramkarz Alex Cisak. Były golkiper Oldham Athletic rozegrał już kilka meczów w reprezentacjach młodzieżowych Australii (gdzie wraz z matką przeprowadził się w wieku 2 lat), ale nie zamyka mu to drogi do ewentualnych występów w biało-czerwonej koszulce z orzełkiem na piersi. Jednym ze współwłaścicieli Burnley jest natomiast biznesmen o swojsko brzmiącym nazwisku – John Banaszkiewicz. Związki właściciela sieci firm eksportujących do Azji tzw. materiały pochodne z naszym krajem wydają się jednak zbyt odległe, aby móc nazywać dobrodzieja Burnley Polakiem.
Dla ambitnego zespołu „The Clarets” nadchodzi czas weryfikacji. Terminarz na początku sezonu był dla beniaminka grającego w bordowych koszulkach niezwykle wymagający (mecze m.in. z Chelsea, Swansea czy Manchesterem United). Wydaje się jednak, że okres adaptacji w najwyższej klasie rozgrywkowej gracze Seana Dyche’a mają już za sobą. W związku z ostatnimi korzystnymi wynikami wzrasta także pewność siebie zawodników, którzy nie mają zbyt dużego doświadczenia na boiskach Premier League.
W najbliższym czasie piłkarzy grających na Wyspach czeka prawdziwy grudniowy maraton spotkań, który nierzadko weryfikuje cele na cały sezon. W tym okresie Burnley będzie musiało stawić czoła wielu drużynom z górnej części tabeli, m.in. Southamptonowi, Manchesterowi City czy Tottenhamowi. Biorąc pod uwagę niezwykłą charyzmę menedżera „The Clarets”, pozostaje mieć nadzieję, że jego piłkarze podejmą walkę z bogatszymi od siebie przeciwnikami i udowodnią, że filozofia prowadzenia zespołu proponowana przez ekscentrycznego Dyche’a może przynosić korzystne efekty także na najwyższym poziomie rozgrywek.