Brak głośnych transferów i fatalny początek sezonu uczyniły beniaminka z Burnley głównym kandydatem do spadku. Ostatnia passa trzech meczów bez porażki oraz ambitna postawa zespołu przywróciły jednak fanom „The Clarets” nadzieję, że uda się uniknąć powtórki sprzed pięciu lat, kiedy ich ulubieńcy spadli z ekstraklasy od razu po wywalczeniu długo wyczekiwanego awansu.
Sezon 2009/2010 był dla Burnley debiutem w Premier League, a zarazem powrotem do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii po 33 latach nieobecności. Dla kibiców klubu, który może pochwalić się dwoma mistrzostwami kraju (w tym jednym zdobytym już w okresie powojennym – w 1960 r.), to piłkarska wieczność. W przypływie euforii po upragnionej promocji do ekstraklasy chyba żaden sympatyk zespołu z Turf Moor nie przewidywał czarnego scenariusza, mimo iż klub z hrabstwa Lancashire dysponował wówczas jednym z najsłabszych personalnie zespołów w elicie.
Latem 2009 r. nie dokonano zbyt wielu znaczących wzmocnień (najwartościowszym nabytkiem był obecny snajper Sunderladu, Szkot Steven Fletcher), licząc, że drużyna, która pokonała w barażach o awans Sheffield United (1:0), poradzi sobie równie dobrze w rywalizacji z najlepszymi klubami w Anglii. Domowe zwycięstwa ze średniakami, nierzadko odnoszone po ciężkiej walce, przeplatane były wysokimi porażkami z najmożniejszymi ligi, na tle których drużyna Burnley wyglądała jak zespół młodzieżowy aspirujący dopiero do gry na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.
Z niewielkiego potencjału drużyny doskonale zdawał sobie sprawę ówczesny menedżer „The Clarets” – Owen Coyle, który za plecami właściciela i zarządu negocjował kontrakt z władzami Boltonu Wanderers, klubu mającego swoją siedzibę ledwie kilkadziesiąt mil od Burnley. Kuszony większymi zarobkami i wizją budowy zespołu nawet na miarę europejskich pucharów Irlandczyk zdecydował się już na początku stycznia opuścić Turf Moor, ku niezadowoleniu ubóstwiających go dotychczas kibiców.
Nowym trenerem zespołu grającego w charakterystycznych bordowych koszulkach został mało znany i utytułowany Brian Laws, który do momentu objęcia posady w Burnley pracował wyłącznie w niższych ligach angielskich (głównie na trzecim i czwartym poziomie rozgrywkowym). Niedoświadczony trener, mający jednak bogatą przeszłość piłkarską (m.in. Middlesbrough czy Nottingham Forrest), nie poradził sobie z zadaniem utrzymania zespołu w Premier League, co było naturalną konsekwencją nagłego porzucenia zespołu przez Coyle’a. Okazało się, że drużyna nie posiada odpowiedniej jakości, aby na dłużej zadomowić się wśród najlepszych.
Z 24 porażkami na koncie (najwięcej w całej ekstraklasie, wspólnie z Portsmouth) i niechlubną liczbą 82 straconych goli (najgorsza wówczas defensywa ligi) „The Clarets” szybko opuszczali elitę, do której aspirowali przez ponad ćwierć wieku. Kibicom zespołu ponownie zajrzało w oczy widmo długiej rywalizacji co najwyżej na zapleczu angielskiej ekstraklasy.
http://soccerlens.com/files/2010/05/fighting-the-drop.jpg
Z nieba do czyśćca i z powrotem
Rzeczywistość okazała się jednak nieco bardziej łaskawa dla Burnley FC. Po spadku z Premier League zatrzymano w klubie większość piłkarzy, ale mimo ich niezłej postawy na boiskach Championship (ostatecznie 8. miejsce) nie udało się po roku wrócić do najwyższej klasy rozgrywkowej. Także w dwóch kolejnych sezonach drużyna prowadzona już przez Eddiego Howe’a (obecnego trenera rewelacji Championship – AFC Bournemouth, w którego bramce stoi Artur Boruc) zajmowała miejsce w środku ligowej stawki na zapleczu Premier League.











