Lech Poznań wygrał na własnym boisku 3:2 z Zagłębiem Lubin w meczu kończącym zmagania w 17. kolejce T-Mobile Ekstraklasy. Bohaterem meczu był Artiom Rudniew, który trzy razy pokonał bramkarza rywali.
Kibice zgromadzeni na stadionie przy Bułgarskiej od początku obserwowali ciekawe spotkanie. Zagłębie starało się pokazać, że nie przyjechało do Poznania na pożarcie, ale to jednak lechici posiadali minimalną przewagę. To również gospodarze kreowali sobie groźniejsze sytuacje, z których pierwszą zobaczyliśmy w 9. minucie. Rzut wolny wykonywał Kriwiec. Dośrodkowanie Białorusina zostało wybite w okolice linii pola karnego, gdzie do piłki dopadł Stilić. Pomocnik Lecha bez zastanowienia uderzył lewą nogą. Choć większość fanów widziała już futbolówkę w bramce, to jednak ta trafiła zaledwie w poprzeczkę.

Już kilkadziesiąt sekund później po raz kolejny z dobrej strony pokazał się Bośniak. Stilić fantastycznie zagrał do Możdżenia, który na pełnej szybkości wbiegł w pole karne i uderzył na bramkę gości. Dobrą interwencją popisał się jednak Isailović.
Fani „Kolejorza” domagali się od swoich pupili bramki. Ci, nie chcąc zawieść kibiców, postanowili dać im powód do radości. W 21. minucie pojedynek z obrońcą na lewej stronie wygrał Tonew, dośrodkował na krótki słupek, a tam doskonale odnalazł się Rudniew, który uprzedził obrońcę i strzałem głową w długi róg dał gospodarzom prowadzenie.
Końcówka pierwszej części gry należała już jednak do Zagłębia, które zaatakowało odważniej. Po jednej z ciekawych akcji podanie Rachwała trafiło pod nogi Woźniaka, który uderzył z pierwszej piłki. Futbolówka po drodze trafiła jeszcze w nogi Wojtkowiaka i przeleciała tuż ponad poprzeczką. Niewiele brakowało, a prawy obrońca Lecha pokonałby własnego bramkarza.
Drugą połowę od mocnego uderzenia rozpoczęli „Miedziowi”, którzy wyraźnie dążyli do wyrównania. Po błędzie Arboledy swoich sił próbował Pawłowski, ale uderzył wprost w Buricia. Chwilę później długa piłka od Costy niespodziewanie znalazła adresata w osobie Sernasa, który obrócił się z futbolówką przy nodze i zamiast podawać do lepiej ustawionego Woźniaka, zdecydował się sam kończyć akcję. Był to niezbyt trafiony pomysł – jego strzał sprawił sporo problemów Buriciowi i można mieć nieodparte wrażenie, że ta akcja powinna zakończyć się bramką.













