Euforia po dobrych wynikach kadry już opadła, warto więc zwrócić uwagę na to, co ważnego wydarzyło się w niej w ubiegłym roku.
10 meczów, sześć zwycięstw, trzy remisy i jedna porażka. Nie przegraliśmy żadnego meczu o punkty, w eliminacjach uzbieraliśmy w czterech spotkaniach 10 oczek, co daje realne szanse na awans na mistrzostwa. Mało? To zerknijcie na bilans goli. 23 strzelone i zaledwie sześć straconych. Fakt, że 11 z nich wbiliśmy takim potęgom jak Gibraltar i Gruzja, nie umniejsza sukcesu. Bo progres względem poprzednich lat jest widoczny.
Był to rok pełen przebudzeń i rewolucji w polskiej kadrze. Co prawda, mówienie o odrodzeniu się niczym feniks z popiołów jest zbyt wyniosłe, bo na mistrzostwa jeszcze nie awansowaliśmy, ale pewne przebudzenie piłkarzy jest widoczne. Rok temu przegrywaliśmy wszystkie ważne mecze, teraz Polacy dokonali więcej, niż ktokolwiek oczekiwał. Widać było to na Stadionie Narodowym przed meczem z Niemcami. Ludzie pytani tradycyjnie, kto wygra mecz, odpowiadali: „Polska!”, były to jednak często okrzyki pozbawione wiary, kibice zaś spuszczali oczy w dół po kilku sekundach, uświadamiając sobie, iż cudem będzie remis. Euforia, która zapanowała na stadionie po bramce Milika, była niesamowita, z biegiem czasu jednak dobre nastroje opadały, a kibice częściej niż na murawę patrzyli na zegar, bo bramka dla Niemców miała być tylko kwestią czasu. Każdy wiedział, że może i zapowiada się dobrze, ale skończy się tak jak zwykle. Tym razem było jednak inaczej. Drugiego gola wbija Mila, wszyscy zaś skaczą i przecierają oczy ze zdumienia. A pochód mostem Poniatowskiego po gwizdku sędziego był przeżyciem tak samo niesamowitym jak sam mecz. Kibice po długiej przerwie zjednoczyli się z piłkarzami.
Zwycięstwo z Niemcami było kluczowe dla atmosfery w reprezentacji i dookoła niej. Poprzednie zwycięstwa w tym roku z Litwą, Gibraltarem czy Norwegią były jedynie nic nie znaczącymi wynikami, zwłaszcza że przeciwnicy nie byli drużynami z najwyższej półki. Zwycięstwo z zachodnimi sąsiadami miało wymiar nie tylko historyczny. Ten mecz zawiera w sobie aspekt symboliczny, tak samo jak – wydawało się – skazany na emeryturę dziadek Sebastian Mila i zapomniany w Polsce Arek Milik. Kto wierzył, że to pomocnik Śląska, który jeszcze do niedawna nie wiedział, gdzie w klubie jest siłownia, poprowadzi drużynę do zwycięstwa? Że stanie się zawodnikiem nowym, odświeżonym, jokerem, który wchodzi na trudne momenty, aby uspokoić grę i stworzyć przewagę. Facet, który nie ma ani szybkości, ani specjalnej techniki. Potrafi uderzyć z dystansu i podać, to jego fenomen. Ma jednak nos taktyka, wie, kiedy przyspieszyć, kiedy zwolnić, co i jak zrobić, aby utrzymać się przy piłce. I przede wszystkim wybiega do podań, aby odciążyć kolegów, kiedy mają kłopoty. To on dał kibicom nadzieję na nowy początek, zwłaszcza iż jego powołanie było odbierane raczej negatywnie przez Polaków. Na świecie był piłkarzem nieznanym, . Po chwili usłyszał o nim cały świat, tak samo jak przypomniał sobie o zapomnianej Polsce.











