Przyszłość Roberta Lewandowskiego jest już niemal przesądzona. Polak do spółki ze swoim agentem już dłuższy czas, ku zmęczeniu piłkarskich kibiców, rozgłaszają, że napastnik Borussii Dortmund nie planuje zostać dłużej na Signal Iduna Park i po jednym z najbliższych dwóch okien transferowych będzie mógł przywdziewać barwy innego klubu. Tylko czy dla Lewego będzie to dobry ruch?
Chyba każdy z nas pamięta kultową już reklamę pewnego banku z udziałem Leo Beenhakkera. Nie! Nie dlatego, że holenderski szkoleniowiec odmówił występu w niej, ale z powodu kultowego już pytania. Skonsternowana dziennikarka pyta: „Leo, why?”. Jaka była odpowiedź trenera, wszyscy doskonale wiemy. Co z tym wszystkim wspólnego ma bohater naszego dzisiejszego tekstu, Robert Lewandowski? Wbrew pozorom bardzo dużo. Podobnie jak „Don Leo” wielu żurnalistów pyta polskiego snajpera – dlaczego? Co skłania nasz towar eksportowy do rozstania się z Borussią Dortmund?
Polak, który mógł zostać legendą
Tuż po przyjściu na Signal Iduna Park Polak z marszu wszedł do szerokiej osiemnastki „Die Borussen”. W kolejnych meczach sezonu 2010/2011 dostawał coraz to więcej szans na pokazanie się przed wymagającą niemiecką publicznością. „Lewy”, czemu nie da się zaprzeczyć, bardzo dobrze wkomponował się w dortmundzki instrument, sprawiając, że ten fałszował coraz rzadziej. Ile w tym roli samego napastnika, a ile znakomitej pracy Juergena Kloppa? Fakty są takie, że już w debiutanckich rozgrywkach, po epizodach tudzież występach w 32 meczach i strzeleniu ośmiu goli, Robert mógł świętować zdobycie, pierwszej od niemal dekady, mistrzowskiej patery, która powędrowała do muzeum BVB. Nasz najlepszy napastnik szybko wygryzł z wyjściowego składu etatowego snajpera, Lucasa Barriosa, rozpoczynając swoją drogę na futbolowy szczyt. Droga ta zamiast lokalnej drogi numer 384 z Dzierżoniowa do Wrocławia przypominała bardziej autostradę A-40 Ruhrschnellweg, łączącą chociażby Gelsenkirchen z Dortmundem. Polak mknął nią rozpędzony, mijając kolejnych przeciwników. Okazałe zwycięstwa nad Koeln 6:1 i 5:0, 4:0 nad Freiburgiem czy też spektakularne 5:2 w finale DFB-Pokal nad Bayernem Monachium szybko wywindowały jego i kolegów na futbolowe Himalaje. Pamiętajmy jednak, że z tego Mount Everestu można spaść dużo szybciej, niż się na niego wchodziło.
Nie przez przypadek wymieniłem przed chwilą tamte cztery spotkania. Kto w tamtych meczach strzelał gole lub zaliczył w nich chociaż występ? Wymieniany wcześniej Lucas Barrios czy też Ivan Perisić, Shinji Kagawa, Mario Goetze? Który z nich nadal gra w Borussii Dortmund? Żaden. Który z nich ma pewne miejsce w wyjściowej jedenastce silnego europejskiego potentata? Żaden. Tu właśnie pies jest pogrzebany.
Wszystko zostało już zaprzepaszczone
Gdzie w tym momencie występują byli „Die Borussen”? Na pierwszy ogień idzie Lucas Barrios, który po odejściu z BVB bardzo szybko znalazł nowego pracodawcę. Po dobrych występach w niemieckiej Bundeslidze napastnik rodem z Argentyny trafił do ligi… chińskiej. Król strzelców z rozgrywek 2009/2010 wylądował w Guangzhou Evergrande, w którym nie grał zbyt często. W 17 spotkaniach strzelił pięć bramek. Zamiast raju piłkarskiego czekał go tam raj finansowy, jednak Chińczycy przestali w końcu płacić, popadli w długi, a 28-latek uciekał stamtąd szybciej, niż się pojawił. Obecnie zagrzał miejsce w Spartaku Moskwa, jednak czy futbol w świątyni Władimira Putina stoi na wyższym poziomie niż w Niemczech?








