Czasami w życiu sportowca przychodzi taki moment, że jedna decyzja zmienia wszystko. Tak było w przypadku Roberta Błąkały. Do pierwszej oferty wyjazdu za granicę podszedł nieco sceptycznie. Ostatecznie zdecydował się wyjechać na Islandię, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Jego nazwisko, choć w Polsce nieco anonimowe, stało się rozpoznawalne tysiące kilometrów od rodzinnej Bochni, w państwie nazywanym „Krainą Lodu”. 32-letni dziś bramkarz otworzył na Islandii agencję menedżerską wraz z innym polskim piłkarzem, Hubertem Kotusem, i od kilku lat łączy grę w tamtejszych klubach z prowadzeniem dynamicznie rozwijającego się biznesu.
Gdy w 2024 roku na łamach iGola pojawił się pierwszy wywiad z Robertem Błąkałą, w centrum uwagi znajdowały się jego trzy awanse wywalczone z trzema różnymi islandzkimi klubami oraz ambitny plan budowania agencji menedżerskiej Travel Football Work Management. Dziś, po upływie czasu, ten projekt nie tylko nie zwolnił, ale wszedł na zupełnie nowy, wyższy poziom. Z agencji pomagającej chłopakom „po przejściach” zmienił się w profesjonalny podmiot transferujący zawodników do klubów skandynawskich.
Jak z perspektywy lat wygląda życie i rozgrywki w kraju, w którym mecz w maju potrafi zaoferować cztery pory roku w 90 minut? Dlaczego młodzi Polacy na Islandii zyskują absolutną stabilność i spokojną głowę, a islandzkie ligi zaskakują profesjonalizmem zawodników z ekstraklasową przeszłością? Zapraszamy na rozmowę z Robertem Błąkałą o piłce, islandzkim rytmie życia i budowaniu menedżerskiego biznesu na północy Europy.
Dominik Michalski (iGol.pl): Kiedy po raz pierwszy wylądowałeś na Islandii, co najmocniej Cię zszokowało?
Robert Błąkała: Myślę, że pogoda. Debiutowałem na początku maja i w trakcie zaledwie jednego meczu doświadczyłem śniegu, gradu, deszczu, ostrego słońca i huraganowego wiatru. Równie mocno zaskoczyła mnie tamtejsza filozofia życia. Nawet po bolesnych porażkach próżno szukać tu dramatu czy wszechobecnej stypy. Panuje przekonanie, że dopóki człowiek żyje i nie doszło do tragedii, nie ma prawa zwieszać głowy. Do tego dochodzi brak polskiej gonitwy. Rytm dnia jest zupełnie inny. Nie ma presji, że wszystko musi być zrobione na już. Przyzwyczajenie się do tego zajęło mi trochę czasu, ale dziś wiem, że żyje się tu o wiele zdrowiej i spokojniej.
Co właściwie skłoniło Cię do wyjazdu w tak nieznany wówczas kierunek i z jakimi obawami pakowałeś walizki?
Po przygodach w polskiej 2. lidze miałem „szczęście” trafiać na kluby, które nie wywiązywały się z finansowych zobowiązań. Mając niespełna 23 lata, uznałem, że poświęcanie zdrowia i całego wolnego czasu mija się z celem, bo gra na tym szczeblu to pasmo wyrzeczeń. Postanowiłem skończyć z profesjonalnym futbolem, wróciłem do rodzinnej Bochni, żeby grać hobbystycznie w lokalnym klubie i pójść do normalnej pracy.
Po pół roku niespodziewanie odezwała się Islandia. Podstawowy bramkarz tamtejszego zespołu zerwał więzadła, a trener Marek Dragosz, który od dłuższego czasu miał mnie na oku, polecił mnie, wiedząc, że nie bałbym się zagranicznego wyjazdu. Wiedziałem o tym kraju niewiele, więc czułem, że czeka mnie zderzenie kultur. Początkowo podszedłem do tematu sceptycznie, ale w głowie zaświtała myśl: „A może to znak od losu?”. Wyjechałem i… zostałem na stałe, z krótkim epizodem powrotnym do Bochni po rozstaniu z Njarðvíkiem.
Zresztą z Njarðvíkiem rozstałem się z powodów pozasportowych. Mimo ważnego kontraktu, klub postawił na młodszego zawodnika. Nie chciałem być rezerwowym, zwłaszcza po świetnym sezonie, w którym byłem nominowany do nagrody dla najlepszego bramkarza ligi. Intuicja mnie nie myliła: błyskawicznie zgłosiło się Vestri i od tamtej pory trzymam się Islandii.
Znasz tamtejsze realia od podszewki. Czym tutejsze trybuny i specyfika gry różnią się od tego, co znamy z Polski?
Zainteresowanie piłką rośnie z roku na rok, a kluby profesjonalizują się. Impulsem był historyczny awans reprezentacji na Euro i mistrzostwa świata. Nawet teraz, gdy kadra notuje gorszy okres, ten trend się utrzymuje. Nie spotkasz tu bojówek czy ultrasów znanych z naszych stadionów, ale masz za to autentyczne wsparcie lokalnych społeczności i wspaniałą, rodzinną atmosferę.
Jesteś uznaną marką i specjalistą od awansów. Jak te sukcesy wpłynęły na Twoją pozycję w tutejszym środowisku?
Wielu obcokrajowców ułożyło tu sobie życie ze względu na możliwości, jakie daje Islandia. Nie jestem może jakimś absolutnym wyjątkiem, ale moje nazwisko coś już na rynku znaczy. Moja pierwsza umowa dotyczyła wyłącznie futbolu, skupiałem się tylko na treningach. Mimo barier językowych szybko się zaadaptowałem. Gdy opanowałem angielski i zacząłem regularnie powtarzać wyniki na boisku, zaczęły spływać owoce tej pracy. Dziś, gdy muszę coś załatwić, ludzie wiedzą, z kim rozmawiają. Nie jestem gwiazdą, ale też nie anonimowym człowiekiem z ulicy.
Islandia uchodzi za ziemię obiecaną dla sportowców. Za co Ty i inni Polacy tak mocno cenicie ten kraj?
Przede wszystkim za stabilizację finansową i perspektywę na przyszłość. Chłopaki przylatują i zyskują pewność, że nawet po zawieszeniu butów na kołku mają zapewnione bezpieczne zaplecze. Islandia daje komfort psychiczny. Schodząc z boiska, wciąż można bardzo dobrze zarabiać i normalnie planować życie.
Statystyki pokazują, że na Islandii gra obecnie około 30 Polaków. Nasza etyka pracy jest tam aż tak bardzo w cenie?
Bez dwóch zdań. Wynika to z naszej mentalności; w Polsce jesteśmy uczeni pracowitości i dokładności. Na Islandii, gdzie presja jest mniejsza, takie cechy jak sumienność i pełne zaangażowanie robią ogromne wrażenie. Polak ma tam markę solidnego, godnego zaufania pracownika. Zarówno w klubie, jak i w zwykłej pracy.
Kramarz, Supryn, Zapytowski – to młodzi Polacy, którzy ruszyli na północ. Co zaskakuje ich najbardziej tuż po przylocie?
Marcel [Zapytowski – przyp. red.] to już w pełni ukształtowany zawodowiec, którego zresztą reprezentujemy w Skandynawii. Z Filipem Kramarzem sytuacja wyglądała tak, że jako młodzieżowiec był rozchwytywany, ale po przekroczeniu tej granicy wiekowej zrobiła się wokół niego pustka w Polsce. Obserwowałem jego potencjał i chciałem pomóc mu wypłynąć na głębszą wodę. Ma papiery na duże granie i wierzę, że Islandia uwolni jego pełne możliwości. Z kolei Mateusz Supryn wrócił do Polski, on traktował jednak futbol bardziej hobbystycznie.
A co ich zaskakuje? Zdecydowanie intensywność. Mecze nawet w niższych ligach toczone są w wysokim tempie i wymagają świetnego przygotowania motorycznego. Taktyka może nie stoi na poziomie europejskich topowych lig, ale dynamika gry jest na wysokim poziomie. Chłopaki często przylatują z przekonaniem, że 4. liga to będzie piknikowanie, a na miejscu czeka ich twarda weryfikacja.
Skoro mowa o łączeniu futbolu z pracą. Czym na co dzień zajmują się młodzi polscy piłkarze na Islandii?
Świetnym przykładem są chłopaki z RB Keflavík, którzy pracują na lotnisku. Klub ma doskonałe układy z portem i bez problemu organizuje dla zawodników elastyczne etaty. Jeśli ktoś potrzebuje dorobić więcej, zawsze szukamy rozwiązań. Gdy zbliża się mecz, nie ma żadnych zgrzytów z dostaniem wolnego. Wiadomo, że Islandia potrafi być droga i przez to czasem trudno odkładać co miesiąc jakąś sumę. Połączenie gry z pracą w jakimś stopniu jednak na to pozwala.
Polskie media co chwila obiegają doniesienia o transferach do niższych lig islandzkich. Jak wygląda tutejsza piramida rozgrywkowa i jak poziom zaplecza ma się do naszej rzeczywistości?
Zazwyczaj poziom niżej niż w Polsce. Ścisła czołówka ekstraklasy na Islandii spokojnie poradziłaby sobie w naszej ekstraklasie, ale reszta stawki to już realia polskiej 1. ligi. Obecnie piramida liczy chyba sześć poziomów. Kojarzę, że miała wejść reforma tworząca 7. ligę, ale głowy nie dam sobie uciąć.
Nie sposób nie wywołać do tablicy Miłosza Przybeckiego. Jego transfer do KFK Kópavogur odbił się w Polsce potężnym echem. Jak zawodnik mający w CV ponad 90 meczów na poziomie PKO Ekstraklasy odnalazł się na piątym szczeblu rozgrywkowym?
Zadecydowały warunki finansowe, które mu odpowiadały. Myślę jednak, że Miłosz mocno się zdziwił. Spodziewał się całkowitego „luźnego kopania”, a zastał wysoką intensywność, profesjonalizm i ambicję. To zresztą typowe dla wielu islandzkich klubów z niższych klas. Jeśli mierzą w awans, organizacyjnie potrafią zawstydzić niejednego polskiego ligowca.
Jak wygląda Twoja codzienność poza boiskiem? Czy futbol pozwala Ci na pełną niezależność, czy wciąż musisz dzielić czas z inną pracą?
Realizuję się jako trener bramkarzy i systematycznie robię kolejne licencje w tym kierunku. Wciąż gram w piłkę nożną, choć w barwach Grindavíku pełnię już głównie funkcję rezerwowego bramkarza. Gdyby coś się wydarzyło, to oczywiście jestem dostępny, aby pomóc drużynie swoim doświadczeniem jako bramkarz, ale moją główną funkcją w drużynie jest szkolenie oraz przygotowywanie bramkarzy. Do tego dochodzi intensywna praca w agencji. Dziś nie mam już tradycyjnego etatu poza sportem i utrzymuję się z futbolu.
Myślałeś o tym, aby objąć w najbliższej przyszłości funkcję pierwszego trenera któregoś z zespołów?
Nie miałem takich planów. Od zawsze byłem bramkarzem i szkolenie ich sprawia mi największą radość. Oczywiście, piłka nożna zna wiele przypadków, że to byli bramkarze zostawali pierwszymi trenerami, ale na razie nie jest to moim priorytetem.
Wspólnie z Hubertem Kotusem prowadzicie Travel Football Work Management. Skąd zrodził się pomysł na ten projekt?
Poznaliśmy się z Hubertem na islandzkich boiskach. Podczas rozmów o życiu i piłce doszliśmy do wniosku, że otrzymujemy liczne zapytania od chłopaków z Polski, którzy chcieliby ruszyć naszym śladem. Widzieliśmy lukę na rynku i potencjał, by realnie pomagać innym. Zrodziła się inicjatywa, do której dołączył Artur Zubel ze swoim wieloletnim doświadczeniem jako licencjonowany agent FIFA i tak powstał TFWM.
Pod Waszymi skrzydłami są m.in. Marcel Zapytowski czy Kacper Bieszczad. Wasza agencja ewoluuje w stronę profesjonalnego rynku transferowego?
Zdecydowanie tak, założenie agencji to był strzał w dziesiątkę. Już dawno wyszliśmy z etapu pomagania wyłącznie zawodnikom, którym w Polsce zamknęły się drzwi i powinęła im się noga. Coraz śmielej poruszamy się w segmencie transferów w pełni profesjonalnych.
Z jakimi wyzwaniami mierzycie się na co dzień, prowadząc biznes w skandynawskich realiach?
Kluczem są ludzie, relacje i bezustanne poszerzanie horyzontów. Żeby się rozwijać, musimy mieć zaufanych ludzi w różnych krajach. W Norwegii naszym skautem jest Thomas Holland, a na Islandii dołączył do nas Damir Muminović, były reprezentant kraju. To idealny przykład obcokrajowca, który przyjechał tu jako dziecko wraz z rodzicami i sam czuje się bardziej Islandczykiem niż Serbem. Mówi biegle w tym języku, czuje lokalny klimat i pomaga nam przekonywać Islandczyków do współpracy. Bez wątpienia to gigantyczne wzmocnienie naszego projektu.
Jakie cele stawiacie przed agencją na najbliższe lata?
Chcemy rosnąć wielokierunkowo i nie zamykać się wyłącznie na Skandynawię. Nasz licencjonowany agent, Artur Zubel, przeniósł się do Włoch i to będzie nasz kolejny kierunek ekspansji. Oczywiście równolegle celujemy w coraz głośniejsze transfery profesjonalnych graczy.
Na koniec prywatne pytanie. Zapuściłeś na Islandii korzenie, czy w sercu wciąż tli się plan powrotu do ojczyzny?
Czas pokaże. Czuję się tu znakomicie, skupiam się na rozwoju agencji i rozwijaniu się jako trener na Islandii. Nie zamykam się na żadne scenariusze, ale życie i tak napisze własną historię.
Robercie, dziękuję za poświęcony czas i życzę kolejnych sukcesów. Zarówno na islandzkich boiskach, jak i na rynku menedżerskim w barwach Travel Football Work Management!
Także dziękuję i serdecznie pozdrawiam czytelników!











