W środę rozegrano resztę spotkań 23. kolejki Premiership. Bardzo wiele działo się na angielskich stadionach. Oczywiście nie zabrakło niespodzianek i wielkich emocji do ostatnich minut…
Everton – Arsenal
Na Goodison Park spotkały się dwie drużyny, które ostatnio w lidze spisują się bardzo dobrze. Obydwie ekipy nie przegrały w lidze od początku grudnia, więc zapowiadała się ostra walka, tym bardziej że w tabeli Arsenal wyprzedzał Everton zaledwie o pięć oczek. Do składu „The Toffees” wrócił Mikel Arteta oraz Marouaine Fellaini, lecz trener, David Moyes, dalej ma problemy z napastnikami i w meczu przeciwko „Kanonierom” na pozycji snajpera znów wystąpił Tim Cahill. Jak się okazało, ofensywny pomocnik również potrafi strzelać bramki. W 61. minucie Cahill zdobył gola po podaniu Fellainiego i na Goodison Park pachniało niespodzianką. Everton był bardzo bliski zwycięstwa, lecz końcówka spotkania należała wyraźnie do podopiecznych Arsene’a Wengera. Po składnej akcji całego zespołu w 90. minucie piłkę do bramki „wpakował” Robin Van Persie i uratował jeden, cenny punkt dla Arsenalu. Nici z niespodzianki.
Blackburn – Bolton
Ogromna bitwa odbyła się także na Ewood Park. Dwaj sąsiedzi z dołu tabeli toczyli bój o bardzo cenne punkty potrzebne do utrzymania w lidze. Jak już się polscy kibice przyzwyczaili, na boisku w barwach Boltonu próżno wypatrywać było reprezentanta Polski, Euzebiusza Smolarka. Ebi całe spotkanie spędził, siedząc na ławce rezerwowych. Mecz rozpoczął się wyraźnie pod dyktando gości, którzy po pierwszej połowie prowadzili już 2:0, po golach Taylora i Daviesa. W drugiej połowie gospodarze zaczęli grać dużo lepiej. W 66. minucie bramkę dla Blackburn zdobył Warnock. Kiedy już kibice gospodarzy myśleli, że taki wynik ich „pupile” utrzymają do końca, wyrównującą bramkę z bliskiej odległości zdobył McCarthy. Była to już 87. minuta meczu. Taki rezultat utrzymał się do końca, Sam Allardyce i jego piłkarze na pewno odetchnęli z ulgą.
Chelsea – Middlesborough
„The Blues” mieli dziś bez problemu rozprawić się ze słabo spisującą się drużyną Garetha Southgate’a. Po pierwszej połowie nic jednak nie wskazywało na to, iż będzie to taka „lekka przeprawa” londyńczyków. Po bezbarwnych pierwszych trzech kwadransach meczu Chelsea poprawiła swoją skuteczność w ataku i od razu zaowocowało to bramkami. W 58. minucie wynik otworzył Salomon Kalou; strzałem pod poprzeczkę, z powietrza, pokonał Rossa Turnbulla. Podopieczni Felipe Scolariego zdawali sobie sprawę, że tak skromnie na Stamford Bridge wygrywać nie wypada. Wynik podwyższył na dziesięć minut przed końcem… Kalou. Strzelił bramkę po dośrodkowaniu z rzutu karnego, po czym został zmieniony. Schodząc z boiska, Kalou otrzymał wielkie oklaski – gdyby nie on, mogło skończyć się nędznym remisem.
West Ham – Hull City
Można już definitywnie stwierdzić, że przymiotnik „rewelacyjny” do beniaminka z Hull już po prostu nie pasuje. „Tygrysy” przegrały kolejny mecz. Tym razem podopieczni Phila Browna polegli na Upton Park 0:2. Pierwszą bramkę zdobył w 33. minucie David Di Michele. Włoch zastąpił w składzie „Młotów” Craiga Bellamy’ego i świetnie sobie radzi. Drugie trafienie to gol autorstwa najskuteczniejszego strzelca West Ham, Carltona Cole’a. Obaj napastnicy bardzo dobrze rozumieją się na boisku i zapowiada się na kolejny ciekawy duet snajperów w Premier League.










