Piłkarze Realu Madryt bez najmniejszego problemu pokonali Racing Santander 4:0. Gole strzelali Ronaldo, Benzema, Benzema oraz wracający po dwumiesięcznej kontuzji Angel Di Maria. Real, przynajmniej do jutra, będzie miał trzynastopunktową przewagę nad Barceloną.
Real Madryt bardzo poważnie potraktował łatwy na pierwszy rzut oka mecz z Racingiem Santander. Jose Mourinho nie miał zamiaru delegować na plac gry zmienników i postawił na najlepszą możliwą jedenastkę. Na środku obrony znalazło się miejsce dla Raphaela Varane’a, który miał za zadanie zastąpić przesuniętego awaryjnie na prawą flankę defensywy Sergia Ramosa. W pomocy po raz kolejny szansę dostał Granero. Jeśli chodzi o Racing, to za jedyną niespodziankę trzeba uznać obecność w wyjściowym składzie Khoumy Babacara, nastoletniego zawodnika wypożyczonego do Racingu z Fiorentiny. Zapowiadało się więc na pojedynek dwóch osiemnastolatków.
Piłkarze Racingu musieli być w szoku. Z pewnością spodziewali się zdecydowanych ataków gospodarzy, ale nie mieli prawa przypuszczać, że Real będzie szarżował aż tak zapamiętale. W ciągu pierwszych pięciu minut „Królewscy” nie wychodzili z pola karnego Kantabryjczyków. W akcjach ofensywnych brali udział wszyscy piłkarze. Oblężenie było totalne. Nikt nie miał złudzeń – obrona gości się złamie. No i złamała się już w 6. minucie. Kaka zaatakował prawym skrzydłem i uderzył na bramkę. Futbolówkę wybił Tono, ale zrobił to tak niefortunnie, że trafiła ona z powrotem do Brazylijczyka, który odegrał ją głową do Ronaldo. Portugalczykowi nie pozostało nic innego, jak tylko umieścić ją w siatce. Zdobyta bramka nieco rozluźniła gospodarzy, którzy nie czuli już potrzeby atakowania z taką intensywnością. Dwie okazje mieli gracze Racingu (jeśli za okazje uznamy doholowanie piłki do linii szesnastego metra). Real uspokoił grę, spokojnie rozgrywał piłkę na 30. metrze i w pełni panował nad widowiskiem. Gospodarze przyspieszali rzadko, ale gdy już to robili, obrona gości wpadała w autentyczną panikę.
W okolicach 27. minuty znakomitą okazję miał Benzema. Francuz opanował piłkę na siódmym metrze, ale nie był w stanie już czysto jej uderzyć – górą był młody defensor Racingu, Alvaro. A Real nie przestawał atakować. Gracze gości ograniczali się już tylko do desperackich wybić futbolówki. Gdy jakimś cudem udało im się wyjść poza linię środkową, szybko przegrywali pojedynki z bezbłędną obroną „Los Merengues”. W 38. minucie Domingo Cisma chyba ostatecznie przekreślił szanse swojej drużyny na ugranie dziś czegokolwiek. Hiszpan dostał drugą żółtą kartkę i wyleciał z boiska. Oba kartoniki obejrzał za zagranie piłki ręką. Skrajna głupota. Chwilę później tercet trenerów Racingu dokonał zmiany. Murawę opuścił bezbarwny Adrian, a w jego miejsce pojawił się Christian. W międzyczasie Real miał trzy, cztery, może pięć dogodnych okazji bramkowych. Dopiero ostatnią, w końcowych sekundach doliczonego czasu gry, udało się zamienić na gola. Strzelił go albo Benzema, albo Sergio Ramos, albo Bernardo. Chyba ten pierwszy.
Druga połowa zaczęła się tak, jak można się było spodziewać. Racing grał w grę „proszę, dajcie nam już spokój” i bronił się desperacko. Real na luzie atakował. Jako pierwszy strzelał Xabi Alonso – Bask pomylił się może o pół metra – drugi Kaka, a trzeci Benzema i wszystko to wydarzyło się w ciągu dwóch minut. Jedynym zawodnikiem gości, który grał swoje, był chyba Tono. Bramkarz przyjezdnych uchronił drużynę przed stratą co najmniej pięciu goli. Widać było, że zeszłotygodniowy genialny występ przeciwko Atletico dobrze podziałał na golkipera z Kantabrii. W 62. minucie na murawie pojawił się Di Maria. Było to wydarzenie o tyle ważne, że Argentyńczyk ostatni raz po boisku biegał dwa miesiące temu. Kibice Realu wiązali z jego powrotem wielkie nadzieje – „El Fideo” przed urazem uchodził za najlepszego gracza nie tylko Realu, ale może nawet całej La Liga. Angel szybko pokazał zresztą, że było na co czekać. Jego podanie z 66. minuty, które przeszyło całą obronę i w przedziwny sposób znalazło Kakę, było imponujące. Niedługo później byliśmy świadkami kolejnego powrotu, tym razem Samiego Khediry.










