Po połowie sezonu Premier League można zaobserwować zwiększoną ilość wszelkiego rodzaju rankingów tworzonych przez angielskich ekspertów. Jednak przeszukując strony tamtejszych fachowców, uderzyło mnie to, że kompletnie zapomnieli sprawdzić, co słychać u trenerów. Spieszę naprawić ich niedopatrzenie.
Zajmę się jednak tylko i wyłącznie czwórką szkoleniowców, którzy przed obecnymi rozgrywkami mieli między siebie rozdzielić czołowe miejsca w lidze. To, czy ta sztuka po raz kolejny uda się menedżerom Chelsea, MU, Liverpoolu i Arsenalu dowiemy się dopiero na koniec sezonu. Jednak już teraz możemy się przekonać, że z wspomnianej czwórki większość… ma poważne problemy z opanowaniem emocji. Dlatego, choć w zgodnej opinii fachowców jest to najbardziej wyrównany sezon od lat, apeluję, by przedstawieni dalej menedżerowie z trochę większym dystansem podeszli do kolejnych meczów ich drużyn.
Najgorzej ma Rafa Benitez. Hiszpan i jego zespół byli typowani do odebrania mistrzowskich medali, jeszcze zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek sezonu 2009/2010 Premier League. Tymczasem rzeczywistość okazała się znacznie mniej przyjemna dla klubu z Anfield Road. Sam menedżer oczywiście najbardziej jest zirytowany sędziami, których decyzje komentuje ostatnio tylko i wyłącznie ironiczną odzywką „perfekcyjnie”. Najgorsze jest to, że zdarzyło mu się ośmieszyć własną osobę przed mediami, gdy stwierdził, że od tego momentu, tego konkretnego meczu sezon Liverpoolu zaczyna się od nowa i wszystko będzie już w porządku. Szkoda tylko, że „The Reds” wspomnianego spotkania nie wygrali i po tygodniu Hiszpan swe słowa musiał powtarzać. Pomijam już sprawę nieudanych transferów czy kompletnego braku funduszy na nie w Liverpoolu – pod tym względem Benitez zdaje się poprawiać, a oddawanie do innych lig kolejnych niewypałów z pewnością zostanie przyjęte z ulgą przez osoby zasiadające na The Kop.
Mimo, że lata lecą to sir Alex Ferguson jest w swojej najlepszej formie, a kilkunastu jego podopiecznych z pewnością zazdrości mu tego stanu, sądząc po ich wyczynach na boisku. Z ulgą odetchnęli za to sędziowie główni, bowiem nowym celem Szkota stali się techniczni – to ci biedacy zmuszeni są oznajmiać światu, o ile spotkanie zostanie przedłużone. I choćby dodali pięć minut, to w ocenie Fergusona pomylili się o co najmniej kolejne trzy, a określenie na to zjawisko „Fergie time” jest już w Anglii powszechne. Dodatkowym stresem szkoleniowca Manchesteru United jest Mark Clattenburg. Ten arbiter wybitnie sir Aleksowi nie leży, a ostatnia czerwona kartka, którą sędzia obdarował Darrena Fletchera zmusiła Szkota do wynurzenia, że jednego dnia, by obejrzeć „czerwo” trzeba co najmniej biegać z siekierą, a dla United ten taryfikator zaczyna się od stawki dużo niższej, przykładowo chusteczek higienicznych.
Arsene Wenger jest kolejnym przykładem trenera, dla którego komputery mogą służyć co najwyżej za podkładkę do kubka z herbatą. Jednak pechem Francuza jest to, że akurat w Anglii te machiny straszliwe są złośliwe i stronnicze. Chodzi przede wszystkim o tego szkodnika, który losuje układ spotkań. Jeśli ktoś nie widzi, że każda kolejna kolejka Premier League, zwłaszcza w najtrudniejszych okresach sezonu, jest układana pod wszystkich tylko nie pod Arsenal…, to ciężko nazwać tą osobę rozsądną, prawda? Żeby tylko komputery były jedynym problemem Wengera… Jak na złość losy wyścigu o mistrzostwo wypaczyć postanowił , który, według Francuza, odpuścił spotkanie MU, a na Arsenal to pewnie wystawi w barwach , , i . Nawet pogoda ostatnio nie pomaga „Kanonierom”, a naprawdę szkoleniowiec londyńczyków może mieć uzasadnione pretensje, że z dziesięciu spotkań właśnie mecz jego zespołu odbył się zgodnie z (tym złym!) terminarzem.










