Mianem impact players określani są gracze, którzy momentalnie po wejściu na murawę zmieniają obraz gry. Po polsku użylibyśmy wyświechtanego piłkarskiego sloganu, że robią różnicę. Ilu takich zawodników biega obecnie po angielskich murawach? Czy każdy zespół ma w swoich szeregach gracza, który momentalnie po wbiegnięciu na boisko dominuje nad resztą?
W rozgrywkach o mistrzostwo Premier League uczestniczy 20 drużyn. Zespół zespołowi jednak nierówny, są bogatsi i biedniejsi, co oczywiście przekłada się na składy drużyn i ogólny poziom sportowy klubów. Przyjrzyjmy się zatem wszystkim drużynom BPL i spróbujmy określić, kto i gdzie robi różnicę.
Leighton Baines (fot. skysports.com)
Arsenal – Santi Cazorla. Techniczny wirtuoz myślący szybciej niż jego partnerzy, kreujący masę sytuacji bramkowych na boisku. Zdarzają się momenty, że zawstydza kolegów z drużyny podaniami tak finezyjnymi, że ci nie nadążają za bajeczną kreatywnością małego Hiszpana. Najlepszy transfer Wengera od lat. Jeśli Walcott ustabilizuje formę i sprawdzi się w roli rasowego łowcy goli na środku ataku, to także zagości kiedyś w tym zestawieniu.
Aston Villa – całkowity brak impact players. Zespół grający wyjątkowo bez stylu, mający dziury w obronie i regularnie dostarczający punkty rywalom. Jeśli chcesz podreperować konto punktowe i bilans bramkowy, jedź na Villa Park. Totalna degrengolada.
Chelsea Londyn – John Terry, Juan Mata, Demba Ba, czyli nowy szkielet „The Blues”. Pewnie spytacie, gdzie Eden Hazard. Belg jest jeszcze nierówny i dopiero zbiera angielskie szlify, nastanie dopiero czas jego panowania. Terry to nie tylko ikona klubu ze Stamford Bridge, ale prawdziwy lider, talizman, który wydobywa z partnerów to, co najlepsze. Fantastyczne umiejętności czysto piłkarskie, wielka charyzma kapitana. Fundament całej Chelsea. Mata natomiast to ten sam typ gracza co Cazorla. Mógłbym przekopiować ten sam fragment, który napisałem o Santim, i zgadzałoby się jota w jotę. Hiszpanie wygenerowali pokolenie pomocników tak kreatywnych, że żadna inna nacja nie może się obecnie z nimi w tej materii mierzyć. Demba Ba to akurat rzadki przykład tego, jak na przekór prognozom medycznym można zrobić wielką karierę. Senegalczyk jest lisem pola karnego, jakich mało, i dopiero teraz w barwach „The Blues” pokaże całą gamę swoich nietuzinkowych umiejętności.
Everton – Leighton Baines, Marouane Fellaini. Pierwszy to najlepszy lewy obrońca Premier League, który koronę przejął od Ashleya Cole’a, zaczynającego powoli się starzeć i pokazywać oznaki zużycia materiału. Świetny sezon ma także Evra, ale to Leighton robi różnicę, to on jest numero uno na tej pozycji w Anglii. Kapitalny w odbiorze, niezmordowany kondycyjnie. Z piłką przy nodze zamienia się w rasowego lewoskrzydłowego, to właśnie filigranowy Anglik kreuje najwięcej sytuacji bramkowych dla partnerów w całej Premier League. Masa asyst, kapitalnie bite stałe fragmenty gry. Największy skarb klubu z Goodison Park. Nie zapominajmy jednak także o Fellainim. Belg przeszedł w tym sezonie prawdziwą metamorfozę, z wyrobnika środka pola stając się znakomitym ofensywnym pomocnikiem, zdobywającym do tego masę bramek. Wysoki, mocny, świetnie gra głową, coraz lepszy technicznie. On i Baines to więcej niż połowa wartości drużyny z Goodison Park.
Fulham – brak. Do miana impact players mógłby aspirować Berbatow, ale już nie te lata i nie ta forma. „The Cottagers” to typowy ligowy średniak bez gwiazd, rozkładający boiskowe obowiązki po równo na wszystkich.
Liverpool – Luis Suarez. „El Pistolero” ciągnie tę drużynę jak może, miłość i uwielbienie, jakim obdarzają go fani „The Reds”, są wprost proporcjonalne do nienawiści, jaka spotyka go na innych stadionach. Luis trochę sam jest sobie winien, nieustannie prowokując i symulując, ale taki już jest. Zawodnik to jednak genialny, a z piłką przy nodze potrafi spowodować problemy z koordynacją niemal u wszystkich stoperów w tej lidze. Kiedyś byłby tu także Gerrard, ale lata mijają, a 2687 kontuzji, jakie miał kapitan Liverpoolu, znacząco wpłynęło na jego obecny poziom gry. Dalej jest ikoną klubu i solidnym zawodnikiem, ale nie ma już tej eksplozji co kiedyś.
Santi Cazorla (fot. Skysports.com)
Manchester City – Joe Hart, Vincent Kompany, David Silva. O Davidzie Silvie nie napiszę nic, bo znów musiałbym kombinować jak po raz dwusetny napisać to samo, tylko innymi słowami, więc starczy tyle: kopiuj/wklej, czyli patrz Cazorla i Mata. Hart to bramkarz wybitny, główny architekt mistrzostwa w zeszłym sezonie. Gdy grał na wypożyczeniu w Birmingham City, byłem doprawdy oczarowany jego postawą. Mój kolega był w tym czasie w Anglii i regularnie chodził na mecze Birmingham, i kiedyś podczas rozmowy powiedział mi: „Ten bramkarz będzie kiedyś numerem jeden w kadrze Anglii”. I rzeczywiście, Joe wyrósł na giganta pomiędzy słupkami. W obecnym sezonie miał parę słabszych chwil, ale biorę to na karb odnajdywania mistrzowskiej formy z ubiegłego sezonu. O Kompanym także było głośno już parę lat temu. Pierwsze kroki w seniorskim futbolu stawiał już jako 16-latek, niczym nie ustępując starszym rywalom. Wyrósł na stopera wybitnego. Poprowadzi kiedyś Belgię do mistrzostwa Europy.
Manchester United – nie Vidić, bo podatny na kontuzje. Nie Ferdinand, Giggs i Scholes, bo starzy. Będzie za to trójka napadziorów i jeden obrońca: Wayne Rooney, Robin van Persie, Javier Hernandez oraz Patrice Evra. Zacznijmy od końca. Patrice rozgrywa fenomenalną wręcz kampanię w tym roku. Sprowadzenie młodego Buttnera podziałało na niego jak sole trzeźwiące na mdlejącego. Francuz znów jest szybki, nieustępliwy, asystuje i strzela. Druga młodość Evry. W rankingu lewych defensorów tylko za Bainesem. „Chicharito”, cóż tu rzec? Mógłby grać po 20 minut w meczu i mieć ze 20 goli w sezonie. Nowy baby-face killer, superjoker. Wart każdych pieniędzy, do bólu skuteczny. RvP to następna maszyna do strzelania bramek. Lekkość motyla, precyzja chirurga. Prawdziwy artysta murawy, wykańczający każdą akcję, potrzebuje pół sytuacji na strzelenie dwóch bramek. No, i na koniec „Wazza”. Predator murawy. Determinacja godna wygłodniałego kocura w szopie pełnej szczurów. Piłkarz, jaki zdarza się raz na 20 lat. Strzela sporo bramek, ale nie to jest jego największą siłą. Wayne jest piłkarzem uniwersalnym, produktem kompletnym. Mógłby być najlepszym bocznym obrońcą bądź najlepszym playmakerem w Anglii, gdyby tylko sobie zamarzył. Chciałbym zobaczyć go jako defensywnego pomocnika. Obstawiam, iż fani United szybko zapomnieliby starą przyśpiewkę: „There’s only one Keano”.
Newcastle – w zeszłym roku Papiss Demba Cisse, który zatracił jednak gdzieś swoją unikalną receptę na taśmowe zdobywanie goli. Jedynym piłkarzem godnym miana impact playera w barwach „Srok” jest Tim Krul. Holender w Newcastle rozwinął się niesamowicie, stając się czołowym specjalistą od łapania piłek w Premier League. Absolutny bramkarski top, a nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Jest młody, pracowity i najlepsze dopiero przed nim. Niedługo pogra na St. James Park, ku rozpaczy wszystkich Geordies. Na siłę można by dokooptować jeszcze Hatema Ben Arfę, ale piłkarz to nierówny jak drogi w Krakowie. Fantastyczne mecze przeplata strasznym piachem, raz czarodziej, raz tani kuglarz. Właściwie tylko gwiazda Krula świeci jasno na tle fatalnie spisującego się w obecnym sezonie Newcastle.
Norwich City – brak. Równa, solidna ekipa bez gwiazd.
Queens Park Rangers – absolutnie nikt na tę chwilę. Zadatki ma Adel Taarabt, ale ten sam kazus co Ben Arfa.
Reading – jak wyżej.
Stoke – ekipa drwali, bazująca na brutalnej sile i grze zespołowej, ale megagwiazdy tam nie uświadczysz. Kandydat: Ryan Shawcross.
Southampton – nikt. Chyba Boruc się takiej łatki jednak nie dorobi.
Sunderland – nikt.
Tim Krul (fot. skysports.com)
Swansea – oczywiście Michu. Hiszpan niczym supernowa rozbłysnął na nieboskłonie Premier League, z miejsca niemal stając się gwiazdą ligi. Wszyscy myśleli, że to tylko chwilowy rozbłysk, ale jak Michu strzelać zaczął, to nie może skończyć. Gra świetnie absolutnie przeciwko wszystkim, z lekkością i pasją. Przyszły sezon to bankowy transfer do jakiejś uznanej wielkiej firmy. Pięknie porusza się Hiszpan po murawie, dodatkowo walczy w obronie, co nie jest przecież powszechne dla piłkarzy z kraju byczka Fernando. Napastnik z Liberty Stadium skradł serca wszystkim fanom Premier League.
Tottenham – Gareth Bale. Wiatronogi, walijski skrzydłowy rozwija się w tempie iście ekspresowym, już dziś będąc postrachem całej ligi i głównym celem transferowym sami-wiecie-kogo. Zaczynał jako lewy obrońca, bardzo chciał go sir Alex Ferguson. Bale wybrał jednak inną drogę, dołączając do „Kogutów”. Był taki moment parę sezonów temu, że Tottenham nie mógł wygrać, kiedy młody Gareth występował w jego składzie. Zaczęto patrzeć na niego co najmniej jak na kobietę na statku pirackim, zaczęto bowiem wierzyć, że Bale przynosi pecha. Sytuacja to dzisiaj nie do wyobrażenia, wszystko zmieniło się o 180 stopni i nikt nie próbuje sobie nawet wyobrazić White Hart Lane bez Bale’a sunącego lewą flanką. A jak jest dobry i szybki? Zadzwońcie do Maicona.
West Bromwich Albion – świetna robota Steve’a Clarke’a, ale bez gwiazd. Ikoną tej ligi będzie kiedyś Romelu Lukaku, ale kibice z The Hawthorns raczej już tego nie uświadczą.
West Ham – żaden „Młot” nie aspiruje nawet do takiego miana.
Wigan – nikogo na horyzoncie…
Oczywiście gwiazd jest cała masa i z samych Manchesterów można by wybrać ze trzy jedenastki marzeń, ale wyróżniłem graczy naprawdę sensacyjnych, którzy dają swoim zespołom coś ekstra. Ktoś powie: w czym jest lepszy Michu od Kuna Aguero? Być może w niczym, ale to akurat Hiszpan daje drużynie w tym momencie więcej i jego forma jest dużo stabilniejsza. Druga połowa sezonu może przynieść nowych bohaterów, ale na tę chwilę to właśnie wyżej wymienieni robią różnicę, zachwycając nas swoją grą.
Piłka jest jednak nieprzewidywalna, a największą siłą, a zarazem atrakcją BPL, jest fakt, iż wszystko pędzi tam szybko jak pociąg i trudno wywróżyć jakąkolwiek przyszłość. Tylko czekać na nowe tuzy, które wyskoczą jak grzyby po deszczu. Kandydatów na gwiazdy przedstawię jednak dopiero w drugiej odsłonie Rankingu mocy Premier League, w którym zajmę się dla odmiany największymi młodymi talentami piłkarskimi biegającymi po angielskiej ziemi.
Arsenal – Nie do końca. Cazorla miewa skoki formy
i czasem bywa niewidoczny. A gdy reżyser jest
niewidoczny reszta sama nic nie wymyśli. Z
uzasadnieniem się zgadzam, choć o podobnym
wkładzie w grę Arsenalu można mówić w przypadku
Vermaelena, Artety, czy Walcotta.
Aston Villa – Totalnie bez pomysłu na grę,
ciężko wskazać kogoś ponadprzeciętnego chociaż
blisko takiego miana jest Banteke.
Chelsea Londyn – Mata i Ba, wstawianie tutaj kogoś
z formacji defensywnej jest żartem.
Everton – Fellaini, Baines i … Jagielka, dla
którego to prawdopodobnie najlepszy sezon w
karierze.
Fulham – w zasadzie można się zgodzić, średniak
bez gwiazd.
Liverpool – Gerrard i jego 5 bramek i 11 asyst
(kompletnie nie zgadzam się, że już nie te lata)
oraz Suarez dla którego największym zagrożeniem
jest on sam (w pierwszej części sezonu marnował
masę setek i LFC głupio tracił punkty).
Manchester City – Joe Hart, Vincent Kompany, David
Silva. Dodałbym jeszcze Dzeko, któremu podobnie jak
Hernandezowi z United wystarczy kilka chwil, aby
odmienić losy meczu. 10 bramek i 3 asysty w 893
minuty mówią wiele.
Manchester United – RvP, Rooney, Hernandez i Evra,
więc w samo sedno.
Newcastle – Krul i ewentualnie Ben Arfa, choć
podobnie jak zauważył autor tekstu brakuje bramek
senegalskiego napastnika Cisse, aby i on znalazł
miejsce wśród graczy mających realny wpływ na
grę zespołu (może niedługo się to zmieni)
Norwich City – Robert Snodgrass, mózg zespołu bez
którego nie byłoby niezłej 12. pozycji Norwich w
lidze.
JS
Jacek Szuba
Queens Park Rangers – Raczej bez gwiazd, choć
Taarabt mógłby się nią stać.
Reading – Raczej bez gwiazd, choć McAnuff jest
kimś wyróżniającym się na tle słabego
Reading.
Stoke – Raczej bez gwiazd, choć Begović,
Shawcross, czy Walters (mimo ostatniego
kompromitującego występu) wyraźnie wybijają się
ponad resztę.
Southampton – Zdecydowanie Rickie Lambert. Pan i
władca niższych lig w Anglii zdobył w tym sezonie
10 bramek i 3 asysty. To ktoś kto kompletnie nie
pasuje do słabo spisującego się Southampton i
oprócz tego, że strzela ważne gole, potrafi też
rozgrywać piłkę.
Sunderland – Steven Fletcher. Ostatnio nieco
przygasł, ale z perspektywy całego sezonu wiele
razy uratował punkty ekipie z północy Anglii.
Swansea – Michu. Uzasadnienie autora trochę
przekolorowane, co nie zmienia faktu, że to
wartościowy gracz. Ogromny progres zrobił także
Routledge.
Tottenham – Jeśli mówimy o impact players
bardziej wartościowym graczem od Bale’a w tym
sezonie jest Vertonghen. Kilka dobrych meczów Bale’a
sprawiło, że znów wrócił na czołówki gazet,
ale czarną robotę za połowę obrony Tottenhamu
robi właśnie Belg.
West Bromwich Albion – Średniak, na grę którego
realny wpływ ma doświadczony Morrison i młody
Lukaku
West Ham – Najbliżej tego miana powinien być
Nolan, ale podobnie jak cały zespół jest bardzo
nierówny. Ewentualnie fiński weteran Jaaskelainen,
który nadal potrafi czarować między słupkami.
Wigan – Kone, 5 bramek, 5 asyst w tak słabym
zespole to więcej niż dużo. W przeciwieństwie do
pozostałych graczy Wigan dosyć regularny.
~
~Roger
Tutaj zgodze sie z obydwoma panami bo pan Kuba
Machowina podał dobrych impact players ,a Jacek
Szuba uzupełnił cały skład.
KM
Kuba Machowina
Panuje pełna demokracja i każdy może mieć własne
typy. Ja Panie Jacku także się z Panem zgadzam i..
nie zgadzam. Celem samego artykułu było wskazanie
nie gwiazd zespołów, a graczy którzy dodają coś
ekstra. Na upartego to mógłbym dodać Walcotta i
Artetę w Arsenalu, ale moim zdaniem oni nie grają
aż takiej życiówki. Arteta gra to samo co
wcześniej, a Walcottowi jeszcze dużo brakuje.
Cazorla, mimo paru słabszych występów daje
drużynie tzw. „pier…..ęcie”, dlatego jest na
liście. Nie zgadzam się, iż wskazanie Terry’ego to
żart. Ten piłkarz daje drużynie więcej niż inni,
cała linia „The Blues” gra z Terrym w składzie
lepiej. Dżeko? No way. Jak gra od pierwszej minuty
to bardzo rzadko skutecznie, inaczej niż
„Chicharito”. Nie widzę też sensu wstawiania
Snodgrassa, Waltersa, Lamberta czy McAnuffa, bo na
tle całej ligi to przeciętniacy. Gerrard ma fajne
statsy, ale to coraz rzadziej ten sam „Stevie G”,
który nas tak zachwycał. Przeciwko United oprócz
tego strzału, który dobił Sturridge, to nie
istniał praktycznie na boisku. Nie chodziło o
wskazanie kogoś z każdej drużyny, ale
wybijających się „kozaków” na tle całej ligi.
Można by za to pomyśleć nad Vertonghenem i
Jagielką, no ale nie można było dać wszystkich. W
ten sposób skrzywdzilibyśmy połowę kadry United i
City. Pozdrawiam i dziękuję za rzeczową analizę
:)
~
~Vojownik
Bardzo ciekawy artykuł. Brawa dla redaktora.
~
~ślimsior
southampton ma przecież lamberta
JS
Jacek Szuba
Moje typy nie miały na celu wskazania jakiejś
pomyłki, a jedynie mój punkt widzenia. Ciężko
jednoznacznie zweryfikować kto zasługuje na miano
impact player, bo różne media interpretują to na
swój sposób (o kibicach nie wspominając). Bałem
się też nadużywać zwrotu gwiazda, bo w tym
konkretnym przypadku właśnie Ci zawodnicy wnoszący
coś ekstra nimi są. Jeśli chodzi o United to tylko
4 wymienieni zrobili w tym sezonie coś ponad
resztę, więc nie musimy wymieniać całego składu,
bo reszta to też gwiazdy. Musimy też wziąć
poprawkę na to w jakich drużynach ci zawodnicy
występują. Snodgrass, czy Lambert w mocniejszych
zespołach mogliby stać się gwiazdami całej ligi
(choć moim zdaniem już nimi są) a nie tylko swoich
klubów. W Chelsea lepiej od Terry’ego spisuje się
choćby Cahill. Gerrard nie gra sezonu życia, ale
gdy jest na boisku LFC gra inaczej, pewniej (nie
chciałem pisać tylko, że to ikona PL, więc
dodatkowo posłużyłem się statystykami). Z
MacNauffem chyba faktycznie mnie poniosło. Dzeko
tylko 8 razy wybiegł w podstawowym składzie i
zawsze robił różnicę (nawet większą niż
Aguero), co niektórym kibicom pewnie się nie
spodoba, ale ktoś kto wyróżnia się w składzie
mistrza Anglii jest kimś ponadprzeciętnym.
Pozdrawiam :)
~B
~bili buster
Z Norwich według mnie wyrużnia się Anthony
Pilkington,w the Spurs Aaron Lennon,WBA-Yassine El
Ghanassy,Liverpool-Raheem Sterling oraz Jonjo Shelvey
i Stoke-Matthew Etherington
~D
~One Direction
A przepraszam bardzo w Southamptonie to już nie
łaska wymienić Gastona Ramireza ? A przecież a
takim Sunderlandzie są Jonhson i Sessegnon, w
Tottenhamie warto wymienić również Dembele, który
świetnie spisuje się w barwach nowego klubu.
JS
Jacek Szuba
@bili Każdy z nich zagrał kilka niezłych spotkań,
ale to za mało, żeby mówić o dużym wpływie na
postawę zepołu (i bez nich te drużyny bez
problemów sobie poradzą). Chodzi o wartość
dodaną, która wyróżnia zawodników na tle całej
ligi (Lennon i Sterling ewentualnie by do tego
pasowali) @ One Direction Obok Lamberta to właśnie
Ramirez jest najjaśnieszym punktem Southampton. Z
Dembele też się zgadzam, bo bez niego druga linia
Tottenhamu byłaby dużo słabsza. Wg. mnie jeden z
najbardziej kreatywnych i uniwersalnych graczy w
całej lidze. Sessegon i Johnson to jednak zły
przykład (w tym sezonie kompletnie nieobecni, w
zeszłym szczególnie ten pierwszy nadawał ton gry
drużynie O’Neila) :)
Dodaj komentarz
Mianem impact players określani są gracze, którzy momentalnie po wejściu na murawę zmieniają obraz gry. Po polsku użylibyśmy wyświechtanego piłkarskiego sloganu, że robią różnicę. Ilu takich zawodników biega obecnie po angielskich murawach? Czy każdy zespół ma w swoich szeregach gracza, który momentalnie po wbiegnięciu na boisko dominuje nad resztą?
W rozgrywkach o mistrzostwo Premier League uczestniczy 20 drużyn. Zespół zespołowi jednak nierówny, są bogatsi i biedniejsi, co oczywiście przekłada się na składy drużyn i ogólny poziom sportowy klubów. Przyjrzyjmy się zatem wszystkim drużynom BPL i spróbujmy określić, kto i gdzie robi różnicę.
Leighton Baines (fot. skysports.com)
Arsenal – Santi Cazorla. Techniczny wirtuoz myślący szybciej niż jego partnerzy, kreujący masę sytuacji bramkowych na boisku. Zdarzają się momenty, że zawstydza kolegów z drużyny podaniami tak finezyjnymi, że ci nie nadążają za bajeczną kreatywnością małego Hiszpana. Najlepszy transfer Wengera od lat. Jeśli Walcott ustabilizuje formę i sprawdzi się w roli rasowego łowcy goli na środku ataku, to także zagości kiedyś w tym zestawieniu.
Aston Villa – całkowity brak impact players. Zespół grający wyjątkowo bez stylu, mający dziury w obronie i regularnie dostarczający punkty rywalom. Jeśli chcesz podreperować konto punktowe i bilans bramkowy, jedź na Villa Park. Totalna degrengolada.
Chelsea Londyn – John Terry, Juan Mata, Demba Ba, czyli nowy szkielet „The Blues”. Pewnie spytacie, gdzie Eden Hazard. Belg jest jeszcze nierówny i dopiero zbiera angielskie szlify, nastanie dopiero czas jego panowania. Terry to nie tylko ikona klubu ze Stamford Bridge, ale prawdziwy lider, talizman, który wydobywa z partnerów to, co najlepsze. Fantastyczne umiejętności czysto piłkarskie, wielka charyzma kapitana. Fundament całej Chelsea. Mata natomiast to ten sam typ gracza co Cazorla. Mógłbym przekopiować ten sam fragment, który napisałem o Santim, i zgadzałoby się jota w jotę. Hiszpanie wygenerowali pokolenie pomocników tak kreatywnych, że żadna inna nacja nie może się obecnie z nimi w tej materii mierzyć. Demba Ba to akurat rzadki przykład tego, jak na przekór prognozom medycznym można zrobić wielką karierę. Senegalczyk jest lisem pola karnego, jakich mało, i dopiero teraz w barwach „The Blues” pokaże całą gamę swoich nietuzinkowych umiejętności.
Joe Hart (fot. skysports.com)
Everton – Leighton Baines, Marouane Fellaini. Pierwszy to najlepszy lewy obrońca Premier League, który koronę przejął od Ashleya Cole’a, zaczynającego powoli się starzeć i pokazywać oznaki zużycia materiału. Świetny sezon ma także Evra, ale to Leighton robi różnicę, to on jest numero uno na tej pozycji w Anglii. Kapitalny w odbiorze, niezmordowany kondycyjnie. Z piłką przy nodze zamienia się w rasowego lewoskrzydłowego, to właśnie filigranowy Anglik kreuje najwięcej sytuacji bramkowych dla partnerów w całej Premier League. Masa asyst, kapitalnie bite stałe fragmenty gry. Największy skarb klubu z Goodison Park. Nie zapominajmy jednak także o Fellainim. Belg przeszedł w tym sezonie prawdziwą metamorfozę, z wyrobnika środka pola stając się znakomitym ofensywnym pomocnikiem, zdobywającym do tego masę bramek. Wysoki, mocny, świetnie gra głową, coraz lepszy technicznie. On i Baines to więcej niż połowa wartości drużyny z Goodison Park.
Fulham – brak. Do miana impact players mógłby aspirować Berbatow, ale już nie te lata i nie ta forma. „The Cottagers” to typowy ligowy średniak bez gwiazd, rozkładający boiskowe obowiązki po równo na wszystkich.
Liverpool – Luis Suarez. „El Pistolero” ciągnie tę drużynę jak może, miłość i uwielbienie, jakim obdarzają go fani „The Reds”, są wprost proporcjonalne do nienawiści, jaka spotyka go na innych stadionach. Luis trochę sam jest sobie winien, nieustannie prowokując i symulując, ale taki już jest. Zawodnik to jednak genialny, a z piłką przy nodze potrafi spowodować problemy z koordynacją niemal u wszystkich stoperów w tej lidze. Kiedyś byłby tu także Gerrard, ale lata mijają, a 2687 kontuzji, jakie miał kapitan Liverpoolu, znacząco wpłynęło na jego obecny poziom gry. Dalej jest ikoną klubu i solidnym zawodnikiem, ale nie ma już tej eksplozji co kiedyś.
Santi Cazorla (fot. Skysports.com)
Manchester City – Joe Hart, Vincent Kompany, David Silva. O Davidzie Silvie nie napiszę nic, bo znów musiałbym kombinować jak po raz dwusetny napisać to samo, tylko innymi słowami, więc starczy tyle: kopiuj/wklej, czyli patrz Cazorla i Mata. Hart to bramkarz wybitny, główny architekt mistrzostwa w zeszłym sezonie. Gdy grał na wypożyczeniu w Birmingham City, byłem doprawdy oczarowany jego postawą. Mój kolega był w tym czasie w Anglii i regularnie chodził na mecze Birmingham, i kiedyś podczas rozmowy powiedział mi: „Ten bramkarz będzie kiedyś numerem jeden w kadrze Anglii”. I rzeczywiście, Joe wyrósł na giganta pomiędzy słupkami. W obecnym sezonie miał parę słabszych chwil, ale biorę to na karb odnajdywania mistrzowskiej formy z ubiegłego sezonu. O Kompanym także było głośno już parę lat temu. Pierwsze kroki w seniorskim futbolu stawiał już jako 16-latek, niczym nie ustępując starszym rywalom. Wyrósł na stopera wybitnego. Poprowadzi kiedyś Belgię do mistrzostwa Europy.
Manchester United – nie Vidić, bo podatny na kontuzje. Nie Ferdinand, Giggs i Scholes, bo starzy. Będzie za to trójka napadziorów i jeden obrońca: Wayne Rooney, Robin van Persie, Javier Hernandez oraz Patrice Evra. Zacznijmy od końca. Patrice rozgrywa fenomenalną wręcz kampanię w tym roku. Sprowadzenie młodego Buttnera podziałało na niego jak sole trzeźwiące na mdlejącego. Francuz znów jest szybki, nieustępliwy, asystuje i strzela. Druga młodość Evry. W rankingu lewych defensorów tylko za Bainesem. „Chicharito”, cóż tu rzec? Mógłby grać po 20 minut w meczu i mieć ze 20 goli w sezonie. Nowy baby-face killer, superjoker. Wart każdych pieniędzy, do bólu skuteczny. RvP to następna maszyna do strzelania bramek. Lekkość motyla, precyzja chirurga. Prawdziwy artysta murawy, wykańczający każdą akcję, potrzebuje pół sytuacji na strzelenie dwóch bramek. No, i na koniec „Wazza”. Predator murawy. Determinacja godna wygłodniałego kocura w szopie pełnej szczurów. Piłkarz, jaki zdarza się raz na 20 lat. Strzela sporo bramek, ale nie to jest jego największą siłą. Wayne jest piłkarzem uniwersalnym, produktem kompletnym. Mógłby być najlepszym bocznym obrońcą bądź najlepszym playmakerem w Anglii, gdyby tylko sobie zamarzył. Chciałbym zobaczyć go jako defensywnego pomocnika. Obstawiam, iż fani United szybko zapomnieliby starą przyśpiewkę: „There’s only one Keano”.
Newcastle – w zeszłym roku Papiss Demba Cisse, który zatracił jednak gdzieś swoją unikalną receptę na taśmowe zdobywanie goli. Jedynym piłkarzem godnym miana impact playera w barwach „Srok” jest Tim Krul. Holender w Newcastle rozwinął się niesamowicie, stając się czołowym specjalistą od łapania piłek w Premier League. Absolutny bramkarski top, a nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Jest młody, pracowity i najlepsze dopiero przed nim. Niedługo pogra na St. James Park, ku rozpaczy wszystkich Geordies. Na siłę można by dokooptować jeszcze Hatema Ben Arfę, ale piłkarz to nierówny jak drogi w Krakowie. Fantastyczne mecze przeplata strasznym piachem, raz czarodziej, raz tani kuglarz. Właściwie tylko gwiazda Krula świeci jasno na tle fatalnie spisującego się w obecnym sezonie Newcastle.
Norwich City – brak. Równa, solidna ekipa bez gwiazd.
Queens Park Rangers – absolutnie nikt na tę chwilę. Zadatki ma Adel Taarabt, ale ten sam kazus co Ben Arfa.
Reading – jak wyżej.
Stoke – ekipa drwali, bazująca na brutalnej sile i grze zespołowej, ale megagwiazdy tam nie uświadczysz. Kandydat: Ryan Shawcross.
Southampton – nikt. Chyba Boruc się takiej łatki jednak nie dorobi.
Sunderland – nikt.
Tim Krul (fot. skysports.com)
Swansea – oczywiście Michu. Hiszpan niczym supernowa rozbłysnął na nieboskłonie Premier League, z miejsca niemal stając się gwiazdą ligi. Wszyscy myśleli, że to tylko chwilowy rozbłysk, ale jak Michu strzelać zaczął, to nie może skończyć. Gra świetnie absolutnie przeciwko wszystkim, z lekkością i pasją. Przyszły sezon to bankowy transfer do jakiejś uznanej wielkiej firmy. Pięknie porusza się Hiszpan po murawie, dodatkowo walczy w obronie, co nie jest przecież powszechne dla piłkarzy z kraju byczka Fernando. Napastnik z Liberty Stadium skradł serca wszystkim fanom Premier League.
Tottenham – Gareth Bale. Wiatronogi, walijski skrzydłowy rozwija się w tempie iście ekspresowym, już dziś będąc postrachem całej ligi i głównym celem transferowym sami-wiecie-kogo. Zaczynał jako lewy obrońca, bardzo chciał go sir Alex Ferguson. Bale wybrał jednak inną drogę, dołączając do „Kogutów”. Był taki moment parę sezonów temu, że Tottenham nie mógł wygrać, kiedy młody Gareth występował w jego składzie. Zaczęto patrzeć na niego co najmniej jak na kobietę na statku pirackim, zaczęto bowiem wierzyć, że Bale przynosi pecha. Sytuacja to dzisiaj nie do wyobrażenia, wszystko zmieniło się o 180 stopni i nikt nie próbuje sobie nawet wyobrazić White Hart Lane bez Bale’a sunącego lewą flanką. A jak jest dobry i szybki? Zadzwońcie do Maicona.
West Bromwich Albion – świetna robota Steve’a Clarke’a, ale bez gwiazd. Ikoną tej ligi będzie kiedyś Romelu Lukaku, ale kibice z The Hawthorns raczej już tego nie uświadczą.
West Ham – żaden „Młot” nie aspiruje nawet do takiego miana.
Wigan – nikogo na horyzoncie…
Oczywiście gwiazd jest cała masa i z samych Manchesterów można by wybrać ze trzy jedenastki marzeń, ale wyróżniłem graczy naprawdę sensacyjnych, którzy dają swoim zespołom coś ekstra. Ktoś powie: w czym jest lepszy Michu od Kuna Aguero? Być może w niczym, ale to akurat Hiszpan daje drużynie w tym momencie więcej i jego forma jest dużo stabilniejsza. Druga połowa sezonu może przynieść nowych bohaterów, ale na tę chwilę to właśnie wyżej wymienieni robią różnicę, zachwycając nas swoją grą.
Piłka jest jednak nieprzewidywalna, a największą siłą, a zarazem atrakcją BPL, jest fakt, iż wszystko pędzi tam szybko jak pociąg i trudno wywróżyć jakąkolwiek przyszłość. Tylko czekać na nowe tuzy, które wyskoczą jak grzyby po deszczu. Kandydatów na gwiazdy przedstawię jednak dopiero w drugiej odsłonie Rankingu mocy Premier League, w którym zajmę się dla odmiany największymi młodymi talentami piłkarskimi biegającymi po angielskiej ziemi.