Będzie to szczególny mecz dla menadżera Newcastle United, Rafaela Beniteza. Hiszpan w latach 2004–2010 pracował w klubie z Merseyside, z którym święcił wielkie triumfy. Drużyna z Anfield Road była także pierwszym niehiszpańskim przystankiem w jego trenerskiej karierze. Z ławki dyrygował poczynaniami „The Reds” w rekordowych dla siebie 347 spotkaniach. Choć popularny „Rafa” nie wybiera się jeszcze na emeryturę, nie wydaje się, by ten wyczyn udało mu się przebić.
Ojciec sukcesów
Pisząc o sukcesach Liverpoolu pod batutą obecnego opiekuna „Srok”, należy wymienić te krajowe: Puchar Anglii (2006) oraz Tarczę Wspólnoty (2006). Nie robią one większego wrażenia, jeśli tylko spojrzy się na te wywalczone na międzynarodowym podwórku. Tym bardziej, że Benitez, obejmując w 2004 roku stery w zespole z czerwonej części miasta Beatlesów, miał w swoim CV kilka interesujących osiągnięć m.in. dwa mistrzostwa Hiszpanii oraz triumf w Pucharze UEFA (z Valencią). Zatrudniając go w jednej z czołowych drużyn Premier League, szefostwo liczyło, że ambitny i utalentowany szkoleniowiec sukcesywnie będzie zapełniał statuetkami nieco przykurzoną klubową gablotę. W tej już rok później znalazły się dwa wartościowe trofea: Ligi Mistrzów i Superpucharu Europy.
Na temat stambulskiego finału Champions League, w którym 25 maja 2005 roku osiemnastokrotny triumfator angielskiej ekstraklasy mierzył się z wojownikami Carlo Ancelottiego z AC Milan, napisano już chyba wszystko. Atramentu wylanego na potrzeby opisania ww. tematu wystarczyłoby na stworzenie wielu opasłych tomów kilku encyklopedii. Jeden z najpiękniejszych powrotów (od 0:3 do 3:3) w historii czy arcydenerwujący przeciwników taniec Jerzego Dudka w konkursie „jedenastek” to tematy, które niczym bumerang powracają przy okazji kolejnych starć o klubowy prymat na Starym Kontynencie.
Od pamiętnych wydarzeń upłynął już tuzin lat, mimo to wciąż sięga się do nich pamięcią. W sierpniu tego samego roku „The Reds” zdobyli jeszcze wspomniany Superpuchar Europy. Mecz rozegrany w Księstwie Monako również nie należał do miłych, łatwych i przyjemnych. W starciu z CSKA Moskwa piłkarze z Anfield do wzniesienia upragnionego trofeum potrzebowali nie 90, a 120 minut. Ten fakt nie sprawił jednak, by ostateczna wygrana liverpoolczyków (3:1) po latach wywoływała szczególne emocje.
W poszukiwaniu swojego miejsca
Nie da się ukryć, Hiszpan swoją – jak się okazało – wieloletnią przygodę w mieście Johna Lennona i spółki rozpoczął z mocnym przytupem. W kolejnych latach aż tak kolorowo nie było. Szumne zapowiedzi o zawojowaniu Premier League ostatecznie zakończyły się trzema medalami: dwoma brązowymi (2006, 2007) i srebrnym (2009). W czerwcu 2010 roku przyszło mu rozwiązać – za porozumieniem stron – kontrakt i opuścić Merseyside. Kilka dni później był po słowie z Interem Mediolan. W ówczesnym triumfatorze Ligi Mistrzów popracował raptem do grudnia. Ponownie rozpoczął mocno: Superpuchar Włoch i klubowe mistrzostwo świata, ale ostatecznie nie spełnił pokładanych w nim nadziei.
Następną pracę znalazł dopiero w listopadzie 2012 roku. „Rafa” powrócił do Premier League. Tym razem trafił do stolicy Anglii, gdzie porozumiał się z rosyjskim miliarderem Romanem Abramowiczem. Za jego kadencji Chelsea sięgnęła po Ligę Europy. Po sezonie wiadome było, że Hiszpan nie ma czego szukać w Londynie, więc ten nie czekał z założonymi rękami, tylko spakował walizki i wyjechał do Neapolu, gdzie objął stery w ekipie „Azzurrich”. O dziwo tym razem nie rozpoczął pracy sukcesami. Na te przyszło poczekać do 2014 roku, gdy do klubowej gabloty powędrowały krajowy Puchar i Superpuchar. Gdy usiadł na ławce Napoli po raz setny, można było się zastanawiać, czy czasem wreszcie nie odnalazł swojego kolejnego miejsca na ziemi.











