– Nigdy nie myślałem o tym, co może stać się wkrótce. Nigdy nie zwracałem uwagi na tamte plotki. Mówiłem wtedy, że mógłbym być głupkiem, gdyby doniesienia się sprawdziły… A jednak byłem głupkiem – takimi słowami podsumował swoje nieszczęśliwe rozstanie Roberto Mancini. Do dziś ubolewa nad losem, który uderzył go prosto w twarz arabską dłonią. Dlaczego w ogóle ścięto jego głowę w Manchesterze City? Skoro jak sam włoski menedżer uważa, spełniał żądania szejków. Ten 49-letni facet wiedział, do jak bardzo głębokiej rzeki wchodzi. Dlatego też niełatwo mi współczuć Roberto w tej sprawie.
Przedstawia siebie jako człowieka, który dowiaduje się o wszystkim ostatni. Z pewnością nikt nie chciałby być w jego skórze, a już na pewno nie w jego historii. To, co się wydarzyło, pozostawia takie wrażenie, jakby został odizolowany. Prezentuje się jako bohater schowany w ciemności, który nie wie o tym, że niebawem coś się wydarzy, kiedy dla innych postaci historii jego los jest już znany na wiele dni przed.

Jak na ironię wyglądało to tak samo jak w przypadku Jose Mourinho, który odchodził z Realu Madryt z poczuciem, że nadszedł najwyższy czas na zmianę i musi opuścić Santiago Bernabeu. Roberto dąży do obrony swojego stanowiska, wymieniając wszystkie rzeczy, które były uznane za sukces. W obydwu przypadkach są podobieństwa, które warto przeanalizować. Do każdego osiągnięcia „The Special One” – tytułu mistrza Hiszpanii, pucharu i superpucharu tego kraju – możemy dopasować wyczyny Manciniego – korona Premier League, Puchar Anglii i Tarcza Wspólnoty. Mniej więcej w tym samym czasie obaj zamknęli ostatni sezon bez żadnego kawałka kruszcu czy trofeum.
W interesie osoby pełniącej funkcję szkoleniowca jest twierdzenie, że nie zaniedbał swoich obowiązków. Ale czy naprawdę Włoch dobrze wywiązał się z powierzonych mu zadań? Czy usatysfakcjonował kibiców? Wracając do porównania wcześniej wymienionego duetu – sytuacja Mourinho była trochę odmienna od Manciniego. Głównymi zleceniami dla portugalskiego trenera była dominacja nad Barceloną, dowodzoną wówczas przez Pepa Guardiolę, oraz wygranie dziesiątego pucharu Ligi Mistrzów. Co do pierwszego punktu, to zadanie częściowo udało się zrealizować. Drugie polecenie, jak wiemy, nie zostało już wykonane. Misją Manciniego, jak sam wyznał włoskiej prasie, było wprowadzenie Manchesteru City do rozgrywek Champions League i zdobycie tytułu mistrza Anglii w ciągu trzech lat. Zatem zgodnie z obietnicą udało mu się spełnić wymogi zarządu z Etihad Stadium. Z perspektywy mężczyzny z Italii wszystko zostało odpowiednio dopieszczone. Nie wiedział chyba jednak o tym, że w takim klubie cele ewoluują z prędkością światła i najzwyczajniej w świecie Khaldoonowi Al-Mubarakowi nie chciało się zbyt długo czekać na osiągnięcie tych największych.












