Pamiętam, kiedy w finałowym meczu Pucharu UEFA 2000 futbolówka z hukiem uderzyła w poprzeczkę, a z wyrazu twarzy Patricka Vieiry można było odczytać tylko jedno – Arsenal nie sięgnie już po trofeum. Właśnie wtedy zainteresowałem się tą drużyną, bowiem miała w sobie to „coś”. Tym elementem był oczywiście Arsene Wenger. Wydaje się, że związany z „Kanonierami” jest od zawsze. Niestety, ostatnie zdarzenia dają mi sporo do myślenia, czy aby na pewno Francuz podąża dobrą drogą. Jeszcze niedawno z pewnością powiedziałbym, że tak, lecz ostatnimi czasy jego filozofia przestaje powoli pasować do starego, dobrego Arsenalu.

Od wielu lat drużyna z północnego Londynu rozpoznawana jest głównie poprzez swój ofensywny futbol oparty na bezpośrednich podaniach, który obok tego w wykonaniu Barcelony uchodzi za najładniejszy w Europie. Arsenal jest więc swoistą enklawą w siłowej Premiership, co zresztą widać głównie po warunkach fizycznych podopiecznych Wengera. Na to jednak jeszcze przyjdzie pora.
Dzięki ruchom transferowym Francuza od paru sezonów „Kanonierzy” rozpoznawani są także i z innego względu – przez najmłodszą kadrę w całej lidze. Często dzieje się tak, że średnia zawodników z pola nie przekracza 23 lat, co jest niespotykane na tym szczeblu rozgrywkowym. Początkowo cała ta fascynacja została określona mianem fenomenu i przyjęta była z wielkim entuzjazmem w futbolowym światku. Tym bardziej, że młodzi zawodnicy Wengera wielokrotnie pokazywali wręcz niebywałe, jak na swój wiek, umiejętności. W 2006 roku „Kanonierom” udało się nawet dotrzeć tą młodą drużyną do finału Ligi Mistrzów, gdzie ulegli wyżej przeze mnie wspomnianej Barcelonie.
Im dalej w las, tym francuski menedżer coraz skrajniej stawiał na młodych zawodników. Nie przeprowadzał wielkich transferów, wyszukiwał tylko (nomen omen bardzo trafnym okiem) juniorów, którzy oczywiście posiadają wielki potencjał, ale na chwilę obecną nie mogą zapewnić kibicom Arsenalu mistrzowskiego tytułu, na który z utęsknieniem wyczekuje się od 2004 roku, kiedy to „Kanonierzy” nie przegrali ani jednego meczu w lidze. Co więcej, Wenger naprawdę nie boi się stawiać na tych młodziaków, co nie zawsze przynosi pożądany skutek.
I tak też lata mijają, a Arsenal Wengera rokrocznie odpada najpóźniej na wiosnę z mistrzowskiego wyścigu, a potem ma już tylko przebłyski wielkiej formy i wielkich możliwości. Jak rzep psiego ogona przykleiła się do tej drużyny łatka z napisem: „może w następnym sezonie”. I w obecnym faktycznie „Kanonierzy” dość długo utrzymywali bliski dystans do odwiecznych rywali: Chelsea i Man Utd. Kiedy jednak przyszło walczyć z najlepszymi – Arsenal zawodził, co tylko przepełniło czarę goryczy, gdyż klub z północnego Londynu znany jest (był?) z tego, że w meczach z przedstawicielami „Wielkiej Czwórki” radzi sobie zawsze bardzo dobrze. Niestety, porażki przed własną publicznością zarówno z Chelsea, jak i „Czerwonymi Diabłami” pokazują czarno na białym, że z obecną siłą kadrową Wenger nie ma co marzyć o tytule. Nie mówiąc już o tym, jak zranieni muszą czuć się kibice stołecznej drużyny…











