18. Do tylu drużyn, według zeszłotygodniowych doniesień „The Times”, chciałby zmniejszyć Premier League Greg Dyke, prezes FA. Rzecznik prasowy angielskiego związku piłkarskiego szybko uciął te spekulacje, twierdząc, że doniesienia gazety są błędne i nic takiego nie jest planowane, ale temat trafił do publicznego przekazu i na nowo rozpoczęła się dyskusja o tym, jakie można by podjąć działania co do organizacji rozgrywek, by lepiej wypadała reprezentacja Anglii i drużyny BPL grające w europejskich pucharach.
Brak większych sukcesów kadry narodowej trwa już od dłuższego czasu, ale niemoc zespołów klubowych z Wysp to raczej nowość. Zła passa rozpoczęła się od momentu wygrania przez Chelsea Ligi Mistrzów w 2012 roku na Allianz Arena z Bayernem Monachium po rzutach karnych. Od tamtej pory tylko raz oglądaliśmy Anglików w półfinałach (Chelsea – Atletico w 2014 roku) i ani razu w finale najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie.
Dlaczego? To temat na długą dyskusję, bo zdania są podzielone i przytacza się wiele różnych argumentów – poważnych i całkowicie błahych. Pewne jest to, że nie ma jednego konkretnego powodu. To zbiór wielu czynników sprawia, że sytuacja wygląda tak, a nie inaczej. Żeby było jasne, i tak najważniejszy jest etap szkolenia piłkarzy i trenerów. Tam Anglicy muszą się poprawić przede wszystkim, sprawa organizacji gry w tym obliczu schodzi na drugi, ale również ważny, plan.

Nawet jeśli FA nie ma takich zamiarów, to czy majstrowanie przy liczbie drużyn dałaby jakieś pozytywne efekty? Raczej nie. Wszyscy zwolennicy zmniejszenia do 18 zespołów powołują się na przykład Bundesligi. Widzą zależność między obecnym wzrostem popularności ligi niemieckiej a liczbą występujących w niej klubów, co jak wiadomo, nie jest zbyt logicznym tokiem rozumowania. Poza tym takie zmniejszenie liczby klubów na najwyższym szczeblu oznacza, że muszą one gdzieś trafić.
A niższe ligi i tak są bardzo duże – Championship, League One i League Two składają się z 24 ekip! Rozszerzanie ich o kolejne, zarazem powiększanie terminarza gier sprawiłoby, że gracze jeszcze więcej by grali, ale coraz mniej trenowali – a nie zapominajmy, że między tymi dwoma aspektami też musi być równowaga, która i tak według wielu ekspertów jest obecnie zaburzona w niższych ligach, na rzecz meczów właśnie.
Jednak faktem jest to, że wymagania dla czołówki BPL są coraz większe. Wzrastające przychody z praw telewizyjnych najbardziej wzmacniają „klasę średnią” ligi, o czym już pisaliśmy. To, że Stoke, Swansea czy West Ham mogą sobie pozwolić odpowiednio na Shaqiriego, Ayew czy Payeta, automatycznie podnosi poprzeczkę średniego poziomu piłkarskiego, jaki muszą zaprezentować przedstawiciele czołówki, jak i wysiłku fizycznego. Gdy połączymy to z brakiem przerwy zimowej, to niewątpliwie mamy jeden z powodów europejskiego kryzysu Wyspiarzy.











