Manchester United pewnie pokonał dziś zespół Wolverhampton Wanderers 4:1 i cały czas nie składa broni w pościgu za swym głównym rywalem do zwycięstwa w Premier League. Zdobyczą bramkową w drużynie „Czerwonych Diabłów” podzielili się Nani i Wayne Rooney. Honorowe trafienie dla gości zaliczył Steven Fletcher.
„Czerwone Diabły” do spotkania 15. kolejki Barclays Premier League przystępowały w minorowych nastrojach. Drużyna doznała bowiem w środę druzgocącej klęski z FC Basel w ostatniej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów i sensacyjnie zakończyła swą tegoroczną przygodę w prestiżowych rozgrywkach. Oprócz dużych strat finansowych z tego tytułu, odbiło się to z pewnością także na morale ekipy sir Aleksa Fergusona. Jakże bowiem wyobrazić sobie Ligę Mistrzów bez Manchesteru United? Dla mistrzów Anglii pojedynek z Wolverhampton Wanderers mógł być zatem niczym łyk wody z mitycznej rzeki Lete, mógł być świetnym antidotum na traumę…

Od początku spotkania do pracy zabrali się gracze Manchesteru. Narzucili oni gościom swój styl gry, ich szybkie, kombinacyjne akcje mogły się podobać. Pierwszą dogodną okazję miał w 7. minucie spotkania Michael Carrick, ale jego ładny strzał głową odbił się od słupka i nie wpadł do bramki. Chwilę później nieźle uderzył Rooney, Hennesey nie miał jednak żadnych kłopotów ze złapaniem futbolówki. Angielski napastnik jeszcze raz musiał uznać wyższość bramkarza Wolves, po tym jak nie znalazł sposobu na skuteczne wykończenie ładnej akcji w sytuacji sam na sam. Problemów takiej natury nie miał natomiast Nani i w 17. minucie otworzył wynik meczu. Portugalczyk zbiegł do środka boiska z lewego skrzydła i dokładnym uderzeniem pokonał golkipera przyjezdnych.
Dominacja podopiecznych Aleksa Fergusona była niepodważalna. Ich przewaga w utrzymywaniu się przy piłce wręcz porażała, zawodnicy „Wolves” nie byli w stanie skonstruować akcji, która trwałaby dłużej niż 15 sekund. Postawa ich formacji defensywnej zostawiała wiele do życzenia. Przez bierność obrony gości Wayne Rooney zdołał podwyższyć wynik na 2:0, okoliczności tej bramki bardzo przypominały pierwsze trafienie dla United. Po dwóch kwadransach gry na zmianę zdecydował się trener Mick McCarthy. Zupełnie bezproduktywnego na prawej flance Davida Edwardsa zastąpił Serb Nenad Milijas. Żaden przełom jednak nie nastąpił. Nani, Welbeck czy Valencia mieli chrapkę na kolejne gole, błędy gości zdecydowanie ułatwiały im „hulanki” pod własną bramką. Do przerwy rezultat nie uległ już zmianie.
Z szatni gospodarze wyszli chyba nieźle rozkojarzeni, skoro już w 47. minucie kontaktową bramkę zdobył niezawodny Steven Fletcher! Snajper pięknym strzałem głową nie dał szans De Gei. Przez krótki czas w szeregi „Czerwonych Diabłów” mogła wdać się lekka panika, zwłaszcza że gracze „Wolves” dostali wiatru w żagle, ale zagrożenie szybko zostało… wyeliminowane. Jako pierwszy na cios zadany przez gości odpowiedział Nani. Portugalczyk skierował piłkę do siatki Henneseya po dośrodkowaniu Valencii z prawej strony boiska. Nie minęła chwila, a już nikt nie pamiętał o rezultacie 2:1. Kolejną asystą popisał się ekwadorski skrzydłowy. Futbolówka po jego zagraniu trafiła do Rooneya, a ten fenomenalnym wolejem przypieczętował piękną kontrofensywę gospodarzy. Istna kanonada!











