Końcowe rozstrzygnięcia w grupie B już za nami. Holendrzy wracają do domu z niczym. Ale to nie nad nimi będziemy się pastwić, lecz zamierzamy wychwalać poczynania Portugalczyków, a szczególnie ich kapitana. Kapitana, który w końcu zarzucił nam garść swej magii.

Dzisiejszy pojedynek całkowicie zdominowali Portugalczycy. Choć po pierwszych minutach można było odnieść wrażenie, że piłkarze „Oranje” w końcu weszli na swój poziom, to już po pół godzinie gry wiadomo było, komu bardziej zależy na zwycięstwie. Nadzieję w serca Holendrów wlał jeszcze na początku meczu van der Vaart, ale później swym rodakom przypomniał o sobie Cristiano Ronaldo.
Bardziej zmotywowanego CR7 już dawno nie widzieliśmy. Ba, na tych mistrzostwach w ogóle, ale ten mecz był właśnie jego spektaklem. Zawodnik Realu Madryt najpierw pewnie wykorzystał setkę – z czym wcześniej miał problemy – po genialnym zagraniu Pereiry, a następnie w 74. minucie, emanując stoickim spokojem, pokazał, że już powrócił na właściwe tory. Dwie bramki – i dużo to, i mało w porównaniu z tym, jak dobrze prezentowali się dziś w obronie Pepe czy Pereira, albo jak pewnie w środku pola grał Moutinho, ale jednak to „Cris” zawojował dziś ten wielki hit. Był prawdziwym motorem napędowym swej drużyny, wszędzie go było pełno, co prawda czasem aż zanadto, bo skutecznością nie grzeszył, ale w ostateczności to właśnie on dał awans Portugalii. Dwukrotnie trafiał jeszcze w słupek, a także popisał się dwoma genialnymi podaniami, najpierw do Coentrao, później do Naniego, ale obaj nie potrafili z tego skorzystać, a szkoda. Mimo wszystko tym meczem Cristiano dał znać reszcie Europy, że w końcu się przebudził i nastraszył przy tym Czechów czekających już w ćwierćfinale.










