W ostatnim czasie w naszym kraju bardzo dużo mówi się o piłkarskiej młodzieży, a ona jest bardzo ściśle związana z pojęciem skautingu. Ze wszech stron słyszy się o tym, że nasze kluby nie potrafią wyszukiwać młodych i nieoszlifowanych talentów. Postaram się w kilku słowach wytłumaczyć, dlaczego tak się u nas dzieje.
Każde okienko transferowe w Polsce obfituje w wiele plotek. Kto do kogo, kto z kim, kto gdzie… Niestety prawda jest taka, że tzw. skauting w Polsce opiera się głównie na testowaniu graczy niechcianych w innych klubach lub takich, którzy rozstali się ze swoim pracodawcą. Nasze ligowe zespoły wciąż znajdują się daleko w tyle za swoimi zachodnimi (śmiem twierdzić, że również wschodnimi oraz w niektórych wypadkach południowymi) odpowiednikami. W Polsce kuleje w tym temacie wszystko, zaczynając od stworzenia odpowiedniej struktury skautingu, a kończąc na samej obserwacji potencjalnych kandydatów do gry w polskich zespołach.

Oczywiście zawsze można znaleźć przypadek przeczący regule, co doskonale odwzorowuje osoba Artjomsa Rudnevsa. Transfer tego gracza był przygotowywany przed długi czas i przed zawarciem umowy zawodnika wielokrotnie obserwowali wysłannicy „Kolejorza”, co pokazuje, że przysłowiowy Polak potrafi. Swego czasu Lech Poznań był wzorem niezłego jak na nasze warunki skautingu, co zaowocowało sprowadzeniem do naszej ligi takich graczy jak Semir Stilić oraz wykopaniem z I-ligowej szarzyzny Roberta Lewandowskiego.
Nie licząc wymienionych przykładów, jedyne, co nam pozostaje, to nadzieja, że ów sprowadzony gracz okaże się nowym Messim. A iluż to takich Messich w naszej lidze już było? Był Messi z Gruzji, Serbii, Bośni, a jestem pewny, że w najbliższej przyszłości przybędą nowi… Jak pokazuje historia, pierwsze zetknięcie z nowym Messim okazuje się ciosem dla przeciętnego kibica, a w późniejszym czasie jest to także cios dla klubowej kasy. Nad przykładami nie trzeba zbyt długo rozmyślać, same się nasuwają: Wisła – Nourdin Boukhari, Serge Branco, Andy Rios; Legia – Manu, Bruno Mezenga, Ogbuke (nie wspominając o Arruabarrenie czy Tito); Lech – Ubiparip, Handzić, Golik oraz przykłady z innych zespołów, których jest mnóstwo, np. Nikolić, Cortes, Kulcsar, Puzigaca, Trivunović, van der Biezen, Benson, Sazankow, Rakels, Osmanagić i wielu, wielu, wielu innych.
Powyższe przykłady pokazują, że polski skauting (o ile można temu przedsięwzięciu nadać taką nazwę) jest to dzieło wielu zmiennych, najczęściej przypadkowych. Najbardziej znaczącą zmienną są agenci przysyłający na testy zawodników, którzy krążą po całej Europie w poszukiwaniu nowego pracodawcy. Prezesi lub osoby przypisujące sobie dumnie stanowisko szefa skautingu wspólnie twierdzą, że testować nikomu nie zaszkodzi, jednak moim zdaniem gracze z ligową renomą i doświadczeniem nie zareagują pozytywnie na wspólną jednostkę treningową z ogórkami na poziomie piątej ligi angielskiej czy graczami z drugiej ligi chorwackiej. Uważam, że takie testy mogą prowadzić tylko do obniżenia poziomu sportowego zespołu.












