Greckie słońce niekoniecznie zawsze musi być lepsze od krakowskiego smogu. Dawid Kort zamieniając w styczniu Wisłę Kraków na Atromitos Ateny, jednocześnie zamienił grę w pierwszym składzie na ławkę rezerwowych.
– Szybko się porozumieliśmy. Chcę zrobić krok do przodu i pierwszy raz spróbować swoich sił w zagranicznym klubie. Myślę, że dokonałem odpowiedniego wyboru i poradzę sobie – mówił Kort tuż po złożeniu ostatniego podpisu na kontrakcie z ateńczykami na łamach „Przeglądu Sportowego”.
Życie szybko zweryfikowało plany młodego zawodnika – zaledwie 177 minut w 11 spotkaniach z pewnością nie napawa szaleńczym optymizmem oraz nie daje wielu powodów do radości. Ale Kort w życiu wychodził już z nie takich opresji.
Zahartowany
Kort pochodzi z jednego z blokowisk w Szczecinie, gdzie, mówiąc wprost, nie przelewało się. – Wychowałem się w nieciekawej dzielnicy. Było sporo rówieśników, którzy całe dnie spędzali na staniu pod bramą i zastanawianiu się, co można zrobić głupiego. Trudno było mi się tam odnaleźć, bo mnie coś takiego nie interesowało. W wieku 14 lat wiedziałem już, że będę grał w piłkę – powiedział.
Myśli w dość szybkim tempie przekształcał w czyny. Korta nie zniechęciła nawet poważna kontuzja – pęknięcie kości strzałkowej – której nabawił się podczas mistrzostw Polski juniorów. Wyleczył się i nadal piął po kolejnych szczeblach.
Ledwie po ukończeniu 18. roku życia Dariusz Wdowczyk dał mu szansę debiutu na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce – ekstraklasie. 13 minut w wygranym przez Pogoń 3:1 meczu przeciwko Polonii Warszawa. Tak rozpoczęła się przygoda Dawida Korta z seniorską piłką.
O kolejne występy wcale nie było łatwiej. W ciągu całego następnego sezonu na placu gry pojawiał się rzadko – albo nie łapał się meczowej kadry, albo konsekwentnie okupował ławkę rezerwowych. W najlepszym przypadku grał, ale tylko ogony spotkań. Stracony rok sprawił, że włodarze Pogoni, aby nie zahamować jego rozwoju, postanowili go posłać na wypożyczenie.
Kort trafił do Floty Świnoujście, która borykała się z poważnymi problemami finansowymi. Zawodnik, podobnie zresztą jak kilka lat później w barwach Wisły Kraków, nie otrzymywał pensji. Sportowo natomiast zyskał sporo – w końcu regularnie grał. Po 29. kolejkach I ligi Flota ogłosiła bankructwo, a co za tym idzie, nie dokończyła rozgrywek.
Droga do wyjściowej jedenastki Portowców wiodła przez Bytów. Na wypożyczeniu w barwach tamtejszej Bytovii ponownie prezentował się z na tyle dobrej strony, że ówczesny szkoleniowiec Pogoni – Czesław Michniewicz – sięgnął po Korta zaledwie po jednej rundzie i niemal natychmiastowo włączył młodego zawodnika do pierwszego składu.
W międzyczasie rodzinę Dawida opuścił jego ojciec. Nie załamał się. – Musiałem wziąć odpowiedzialność za mamę i brata. Nie miałem takiej młodości jak moi rówieśnicy. W wieku 19 czy 20 lat spoważniałem, dojrzałem. Mama i brat czasem potrzebowali się wygadać – wyjaśniał.











