Po nudnym, aczkolwiek niepozbawionym zupełnie emocjonujących momentów, meczu na szczycie, Arsenal zremisował na własnym stadionie z Liverpoolem 1:1 i już chyba definitywnie zaprzepaścił szanse na mistrzowski tytuł. Najciekawszym elementem meczu była… nieobecność managera „The Reds”, Rafy Beniteza.
Hiszpan niedzielne popołudnie musiał spędzić w szpitalu, gdyż ma problem z kamieniami nerkowymi. Nie przeszkodziło mu to jednak w dowodzeniu drużyną przez telefon komórkowy, a jego zalecenia wykonywał asystent Sammy Lee, który w tamtym sezonie trenował Bolton.
Obie drużyny wybiegły w najmocniejszych możliwych ustawieniach. W szeregach „Kanonierów” nadal brakowało Theo Walcotta i Eduardo. Ten drugi zagrał już jednak 45 minut w spotkaniu rezerw, ale ponownie nabawił się urazu. Tym razem uda. W barwach „The Reds” z kolei kontuzjowanego Fernando Torresa zastąpił Irlandczyk Robbie Keane.
Pierwsza połowa spotkania była rozgrywana w niedzielnym tempie, choć nie zmienia to faktu, że obie drużyny starały się atakować. W przekroju całego spotkania dominowały długie piłki zagrywane od obrońców i to właśnie po takich zagraniach tworzyły się sytuacje podbramkowe. Najpierw strzał Gerrarda obronił Almunia, a potem główkę Adebayora bez najmniejszych problemów złapał Reina.
W 24. minucie to gospodarze wyszli na prowadzenie. Długą piłkę zagrał Samir Nasri, przyjął ją Robin van Persie, zakręcił w polu karnym Carragherem i w swoim stylu, mocnym strzałem pod poprzeczkę, nie dał najmniejszych szans Pepemu Reinie. Od tego momentu Arsenal osiągnął wyraźną przewagę na murawie, przez długi czas utrzymując się przy piłce. Nie przekładało się to jednak bezpośrednio na strzały, gdyż znakomicie ustawiona była obrona „The Reds”.
Kanonierzy bez armat
W momencie, gdy pierwsza połowa dobiegała końca, rozpoczął się prawdziwy dramat podopiecznych Wengera. Najpierw zaspał Johan Djorou, który nie upilnował Robbiego Keane’a. Irlandczyk wyszedł sam na sam z Almunią i potężnym strzałem z półwoleja doprowadził do wyrównania. Chwilę później „The Reds” powinni już prowadzić, jednak Steven Gerrard nie trafił do pustej bramki.
Arsenal szybko chciał odrobić straty, ruszył do kontrataku, który zakończył się kontuzją Cesca Fabregasa. Hiszpan już nie wyszedł na drugą połowę. W 62. minucie drugą żółtą kartkę obejrzał Emmanuel Adebayor, wyleciał z boiska i w tym momencie Arsenal został na boisku bez jakiegokolwiek lidera, bowiem William Gallas nadal wydaje się być obrażony na cały świat.
Grając w dziesiątkę „Kanonierzy” nadal starali się atakować, ale próby Diaby’ego, Songa, czy Nasriego wyglądały pokracznie. Z drugiej strony Liverpool nie kwapił się do przejęcia inicjatywy i nie pokusił się o bramkę dającą zwycięstwo. Remis jest więc wynikiem sprawiedliwym, choć stawia Wengera i jego zawodników w niezwykle ciężkiej sytuacji.
Arsenal praktycznie odpadł z walki o mistrzostwo i to jeszcze przed świętami. „Kanonierom” brakuje polotu, skuteczności i woli walki. Do tego cała drużyna zdziesiątkowana jest kontuzjami, wewnętrznymi problemami, a strata punktowa wydaje się być nie do odrobienia.










