W niedzielę rozegrano dwa spotkania 34. kolejki Premiership. Jako pierwsi na murawę Emirates Stadium wyszli piłkarze Arsenalu i Middlesbrough, natomiast równo z godziną 17.00 rozpoczęły się zawody na Ewood Park, gdzie Blackburn podejmował Wigan Athletic. Dla zawodników Garetha Southgate’a i Sama Allardyce’a były to niezwykle ważne pojedynki. Jeśli „Boro” i „Rovers” marzą o utrzymaniu się w lidze, bezwzględnie muszą zacząć zdobywać punkty.
Zdecydowanie trudniejsze zadanie czekało managera Middlesbrough, wszak niewiele drużyn w tym sezonie zdołało urwać punkty „Kanonierom” na ich własnym stadionie. Mimo wszystko w obozie gości panował optymizm. Trudno w to uwierzyć, ale odkąd Southgate przybył na Riverside, jego podopieczni nigdy nie przegrali z Arsenalem.
Spacerek
Podopieczni Wengera rozpoczęli mecz bardzo spokojnie. Gospodarze byli w prawdzie stroną przeważającą, jednak nie stwarzali sobie zbyt wielu okazji do zdobycia gola. Najbardziej aktywni Arszawin i Fabregas raz po raz starali się rozmontować szyki obronne gości. Pomimo że na tle broniącego się przed spadkiem Middlesbrough, Arsenal raczej rozczarowywał, taka gra przyniosła „Kanonierom” prowadzenie. Gospodarze w swoim stylu rozegrali szybką akcję, po której Fabregas posłał piłkę do siatki.
W drugiej połowie różnica między obiema drużynami była bardziej widoczna. Pomimo jednopunktowej straty, goście raczej bronili dostępu do swojej bramki. W 61. minucie Marlon King oddał pierwszy celny strzał, jednak Almunia nie miał absolutnie żadnych problemów z jego obroną. W równie prosty sposób Arsenal podwyższył prowadzenie. Świetne podanie od Eboue wykorzystał ponownie Fabregas, który po fatalnym wyjściu Brada Jonesa nie miał żadnych problemów ze skierowaniem piłki do pustej bramki.
Zwycięstwo gospodarzy mogło być bardziej okazałe, jednak ani Diaby, ani Arszawin nie wykorzystali swoich sytuacji. Przy najmniejszym nakładzie sił „Kanonierzy” dowieźli jednak wynik do końca, przez co sytuacja Middlesbrough jest nadal bardzo trudna. Tym bardziej, że za tydzień czeka ich pojedynek z Manchesterem United.
Śpiący goście
Drugie spotkanie było bardziej wyrównane. Wprawdzie to gospodarze byli więcej przy piłce, jednak Wigan bardzo groźnie kontrowało. Pierwszą okazję do zdobycia bramki miał Valencia już w drugiej minucie. Jego strzał wylądował jednak na poprzeczce bramki bronionej przez Robinsona. Szczęście dopisało gospodarzom jeszcze dwukrotnie. N’Zogbia i Pedersen, mimo doskonałych sytuacji, nie potrafili skierować piłki do siatki.
O ile dużo dobrego można powiedzieć o formacji ofensywnej Wigan, tak ich defensywa nie miała najlepszego dnia. McCarthy i Samba właściwie bezkarnie wchodzili w pole szesnastu metrów, stwarzając duże zagrożenie. Synonimem słabej postawy obrońców gości jest stracona przez nich bramka. Po rzucie rożnym, wykonywanym przez Pedersena, obrońcy Wigan zaledwie przyglądali się, jak McCarthy kierował piłkę do siatki.
W drugiej połowie Blackburn powiększyło prowadzenie po kolejnym stałym fragmencie gry. Tym razem piłkę podawał z rzutu wolnego McCarthy, a gola zdobył Nelsen. Po raz kolejny nie popisała się w tej sytuacji defensywa gości, która reagowała zbyt ospale. Ponieważ ich vis a vis grali bardzo solidnie, wynik do końca nie uległ już zmianie. Na wielkie słowa uznania zasługuje szczególnie Paul Robinson, który ma ogromny wkład w sukces „Rovers”.










