W pięciu popołudniowych spotkaniach 33. kolejki Premier League padło pięć goli. Trzy mecze zakończyły się zwycięstwami gospodarzy, a dwa pojedynki pozostały nierozstrzygnięte.
Pechowa końcówka
Najciekawsze spotkanie 33. kolejki odbyło się w Birmingham. Miejscowa Aston Villa z zamiarem przerwania słabej passy siedmiu meczów bez zwycięstwa podejmowała West Ham United. Oba zespoły wystąpiły bez swoich najlepszych snajperów. W zespole gospodarzy nie wystąpił kontuzjowany Gabriel Agbonlahor, a przyjezdni musieli radzić sobie bez Carltona Cole’a. West Ham wygrało w tym sezonie tylko cztery mecze na stadionach przeciwnika, więc nie powinien nikogo dziwić fakt, że w oczach bukmacherów większe szanse na zwycięstwo mieli gospodarze. „The Villans” bardzo długo przeważali. Od początku podopieczni Martina O’Neilla narzucili szybkie tempo, co w 11. minucie przyniosło bramkę autorstwa Emila Heskeya. Bardzo aktywny przez całe spotkanie był skrzydłowy Villi – Ashley Young. Anglik wyraźnie starał się podwyższyć prowadzenie, ale jego strzały często mijały światło bramki strzeżonej przez Greena. Gospodarze chcieli pójść za ciosem i zdobyć kolejne gole, atakowali całą drużyną, przy czym narażali się na groźne kontry West Ham. Goście złapali wiatr w żagle na dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem. Przez kilka minut przeprowadzili więcej groźnych akcji, niż przez resztę meczu. Jedna z nich zakończyła się bramką wyrównującą, w zamieszaniu w polu karnym Brada Friedela pokonał Tristan. Podopieczni Gianfranco Zoli byli bliscy strzelenia kolejnego gola i kompletnego dobicia Aston Villi, lecz na taką sensację zabrakło już czasu. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a bilans klubu z Birmingham nie poprawił się.
Syzyfowa praca Boro
Cel Boro był jasny – wydostanie się ze strefy spadkowej. Aby tego dokonać ekipa z Riverside potrzebowała trzech punktów i korzystnych rezultatów w na stadionie Sunderlandu i Tottenhamu. Od pierwszego gwizdka stroną przeważającą była drużyna Middlesbrough. Trener Gareth Southgate dobrze wiedział, że jeśli wygrać u siebie, to najlepiej właśnie z Fulham. Londyńczycy bardzo słabo grają na wyjeździe. Opiekun Boro desygnował do gry aż trzech nominalnych napastników. Na nic zdała się jednak tak wielka siła ofensywna gospodarzy. Dobrych sytuacji było mnóstwo, jednak Alladiere, King ani Alves po prostu nie umieli ich wykończyć. Mecz zakończył się bezbramkowym wynikiem, co może cieszyć przyjezdnych, którzy do Londynu zabiorą cenny punkt. Middlesbrough minimalnie przybliżyło się do bezpiecznej strefy, ale podopieczni Southgate’a powinni pluć sobie w brodę, że nie zdołali wygrać. Nad skutecznością wyraźnie będą musieli popracować.
Trzy razy po 1:0
W pozostałych trzech popołudniowych spotkaniach padały dokładnie takie same wyniki. Portsmouth na Fratton Park pokonało Bolton Wanderers 1:0 po golu Nwankwo Kanu. Gary Megson po raz kolejny nie dał się wykazać reprezentantowi Polski – Euzebiuszowi Smolarkowi, który cały mecz obejrzał z ławki rezerwowych. Gospodarze długo nie potrafili trafić do bramki Jaaskelainena, Kanu uczynił to dopiero w 78. minucie, z najbliższej odległości, dając „The Pompeys” upragnione zwycięstwo. Takim samym rezultatem, tyle że na korzyść Sunderlandu, zakończył się pojedynek „Kotów” z Hull City. Mecz na Stadium of Light nie zaliczał się do najciekawszych, co i tak nie umniejsza radości gospodarzy. W doliczonym czasie pierwszej połowy gola na wagę trzech punktów zdobył Djibril Cisse. Drugie 45 minut to solidna obrona Sunderlandu, mimo licznych ataków „Tygrysów”, gospodarze obronili korzystny rezultat, przez co minęli już Hull w tabeli Premier League. Na Britannia Stadium duża niespodzianka. Beniaminek ze Stoke pokonał drużynę Blackburn Rovers. Piłkarze Tony’ego Pulisa bardzo mocno zbliżyli się do utrzymania w lidze. Obecnie Stoke City plasuje się na miejscu 11. z przewagą ośmiu oczek nad strefą spadkową. Zwycięską bramkę dla Stoke zdobył Liam Lawrence w 75. minucie.










