W ostatnim, sobotnim meczu 25. kolejki Premiership na Fratton Park broniący się przed spadkiem gospodarze podejmowali aspirującą do mistrzostwa jedenastkę Liverpoolu. Faworytem spotkania byli podopieczni Beniteza, którzy tydzień temu przełamali serię meczy bez zwycięstwa w lidze, pokonując stołeczną Chelsea.
W ciągu ostatniego miesiąca miałem okazję pisać relacje z kilku spotkań The Reds i pamiętam, że często zwracałem uwagę na dość rozczarowującą postawę zespołu z Anfield Road. Dziś opisując pierwszą połowę meczu na Fratton Park, przeżywam swego rodzaju deja vu. Liverpool nie pokazał w niej nic interesującego, a już na pewno nie prezentował poziomu godnego miana drużyny walczącej o mistrzostwo Anglii.
W tym momencie należy zwrócić uwagę na fakt, że Portsmouth nie potrafi wygrać spotkania w Premiership od 30 listopada 2008 roku. Wtedy to podopieczni Tony’ego Adamsa pokonali na wyjeździe Blackburn 3:2. Od tamtej pory The Pompey zanotowali siedem kolejnych meczy bez zwycięstwa i ciężko było spodziewać się, aby odebrali jakiekolwiek punkty Liverpoolowi.
Biorąc pod uwagę pierwszą odsłonę spotkania, druga połowa dostarczyła wszystkim dużą porcję emocji i niespodziewanych zwrotów akcji. Podopieczni Beniteza przyśpieszyli tempo akcji, ale mimo optycznej przewagi, nadal razili nieskutecznością i niedokładnością. Najlepszym komentarzem do gry The Reds niech będzie sytuacja z 58. minuty, kiedy to Ryan Babel nie trafił w piłkę, stojąc metr przed pustą bramką gospodarzy.
Nieporadność gości została ukarana w 62. minucie. Wtedy, po podaniu Petera Croucha, bramkę dla Pompey zdobył David Nugent. Duża niespodzianka powoli stawała się faktem i być może Liverpool straciłby na Fratton Park jakieś punkty, gdyby grał z innym zespołem, niż Portsmouth. Sześć minut później szkolny błąd popełnił Crouch i zbyt lekko podał do własnego bramkarza, zmuszając w ten sposób Davida Jamesa do łapania piłki. Rzut wolny pośredni był tylko formalnością dla Fabio Aurelio. Jego silny i precyzyjny strzał znalazł drogę do bramki gospodarzy.
U piłkarzy Tonego Adamsa widać było olbrzymią determinację i chęć przerwania niechlubnej passy. Niestety dla wszystkich kibiców Portsmouth, w sobotnie wieczór zabrakło im umiejętności, a przede wszystkim koncentracji. The Pompey potrafili jeszcze raz objąć prowadzenie po bramce Hreidarssona, lecz później zrobili wszystko, aby spotkanie przegrać. Gol obrońcy gospodarzy z 77. minuty był przede wszystkim efektem błędu Pepe Reiny, który zbyt wcześnie wyszedł do dośrodkowania.
Fatalnych błędów ciąg dalszy nastąpił na pięć minut przed końcem meczu. Najpierw Sylvain Distin minął się z piłką próbując przeciąć podanie Carraghera, później obrońcy gospodarzy nie potrafili odebrać piłki Kuytowi w polu karnym i gdy wydawało się, że z akcji The Reds nic już nie będzie, holenderski napastnik oddał strzał, przy którym fatalnie zachował się James, próbując interweniować… ramieniem. Trzy punkty zapewnił w doliczonym czasie gry niezawodny Fernando Torres, który wykorzystał brak krycia i przepięknym strzałem głową w samo okienko bramki zdobył trzeciego gola dla Liverpoolu.










