144. derby północnego Londynu zakończyły się bezbramkowym remisem. Tym samym Tottenham nie wygrał w lidze z Arsenalem od ponad 9 lat. Dzisiaj „Koguty” powinny były odnieść zwycięstwo, ale na ich drodze stanął świetnie dysponowany Manuel Almunia.
Hiszpański golkiper był obwiniany za pierwszy derbowy pojedynek w tym sezonie, kiedy to popełnił koszmarne błędy przy dwóch ostatnich bramkach i „Kanonierzy” zremisowali 4:4 z lokalnym rywalem. Dzisiejszego dnia zachował czyste konto broniąc niesamowicie pewnie i skutecznie, nie dając się pokonać odpowiednio Lennonowi, Modricowi i Keane’owi.
Faworytem bądź co bądź byli jednak goście. Mimo że obie drużyny znajdują się obecnie w średniej formie, to jednak piłkarzom Arsene’a Wengera zawsze dobrze grało się na White Hart Lane. Wystarczy przytoczyć garść statystyk, jak np. tę, iż Emmanuel Adebayor w siedmiu spotkaniach przeciwko „Kogutom” zdobył osiem bramek. Togijczyk grał i w tym meczu, jednak jedynie przez 39 minut kiedy to nabawił się kontuzji i musiał opuścić boisko. Tym samym dołączył do innych niedysponowanych gwiazd Arsenalu, jak Rosicky, Fabregas czy Walcott.
Jednakże na pierwszy plan w pierwszej połowie, jak i w przekroju całego spotkania wysuwa się Emmanuel Eboue. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej najpierw dynamicznymi szarżami napędzał ataki swojej drużyny. Potem, w 17. minucie otrzymał żółtą kartkę za dyskusję z sędzia, a 20 minut później już czerwoną. Ponownie za utrudnianie pracy arbitrowi i słowne utarczki z Luką Modriciem. A warto pamiętać, że sędziujący to spotkanie Mike Dean w tym sezonie wyrzucił z boiska już siedmiu piłkarzy. Eboue jest ósmym.
Czerwona kartka oczywiście diametralnie zmieniła obraz gry. Tottenham miał przewagę w pierwszej części spotkania, która tym bardziej powiększyła się, gdy podopieczni Harry’ego Redknappa zaczęli grać w przewadze. Ale zarówno uderzenia Lennona i Modrica w pierwszej połowie świetnie parował wspomniany wyżej Almunia. „Kanonierzy” z kolei oddali zaledwie jeden strzał, do tego niecelny.
Drugą poważną postacią dzisiejszego popołudnia był Robbie Keane. Zawodnik kursujący na linii Londyn-Liverpool-Londyn wrócił na White Hart Lane i od razu został mianowany kapitanem. W meczu był jednak prawie zupełnie niewidoczny. A w 57. minucie powinien przecież wpisać się na listę strzelców, wtedy to nie wykorzystał świetnego dośrodkowania Lennona.
Od początku drugiej połowy mecz był dość niecodzienny. Momentami miażdżącą przewagę mieli gospodarze, a Arsenal starał się, dość nieporadnie, grać z kontry, co w przypadku tej drużyny jest raczej niespotykane. Jednak równie słabo, co nieskutecznie w ataku grały „Koguty”. Druga odsłona przebiegała w taki sposób, że co kwadrans miały miejsce huraganowe ataki Tottenhamu, które przerywane były próbami szybkich kontr Arsenalu. Ostatecznie goście są najskuteczniejszą drużyną Premiership w drugich częściach spotkań.
Tradycyjnie najgorętsze były ostatnie minuty meczu. Gael Clichy pokazał, że derby to przede wszystkim mecz walki i po starciu z Darrenem Bentem musiał opuścić boisko z zakrwawioną głową. Bramkę powinien zdobyć Alexandre Song, jednak ten jeden z najgorszych piłkarzy na boisku po prostu nie wie, jak skierować piłkę do siatki. Chwilę później wynik meczu powinien rozstrzygnąć Nicklas Bendtner, który strzelił tyleż mocno, co niecelnie. Jakby tego było mało, Tottenham sekundy później przeprowadził kontrę, po której Luka Modric stanął oko w oko z Almunią. Hiszpan wyszedł jednak z tej sytuacji obronną ręką, a właściwie nogami, czym bardzo przypominał Artura Boruca podczas ubiegłego Euro.










