Popołudniowe mecze dziewiętnastej kolejki Premiership były rozgrywane na pięciu stadionach. Nie brakowało emocji i bramek. Najlepsze humory po spotkaniu dopisywały kibicom na Maine Road, gdzie City rozgromiło beniaminka z Hull 5-1. Planowe trzy punkty w spotkaniu z Boltonem zdobyli podopieczni Rafy Beniteza i nadal przodują w tabeli ligi angielskiej.
Phil Brown nie ma ostatnio dobrego humoru. Jego piłkarze przegrali tydzień temu na własnym stadionie z Sunderlandem 1-4. Dziś było jeszcze gorzej, bo wizyta w Manchesterze skończyła się kompromitacją. The Citizens robili z zawodnikami Hull City, co tylko chcieli, i jeszcze w pierwszej połowie rozstrzygnęli losy spotkania. Wszystkie cztery gole zdobyli w 21 minut, a łupem bramkowym podzielili się Ekwadorczyk Caicedo i Brazylijczyk Robinho. Przy pierwszych trzech bramkach duży udział miał Stephen Ireland, który zaliczył dwie asysty i rozpoczął akcję, po której Robinho zdobył trzeciego gola. Popularne Tygrysy nie były w stanie przeprowadzić nawet jednej składnej akcji i na przerwę schodzili kompletnie załamani.
W drugiej odsłonie obraz gry nie uległ zmianie. Piłkarze Hughesa kontrolowali przebieg spotkania i kilkakrotnie mogli podwyższyć prowadzenie. Udało im się dopiero po… utracie bramki. Jedną z nielicznych akcji Hull zakończył celnym strzałem Fagan, wykorzystując błąd bramkarza gospodarzy, Joe’go Harta. Minutę później było już jednak 5-1. Swój świetny występ podsumował bramką Ireland, który wykorzystał podanie od Robinho. To była bardzo ważna wygrana dla The Citizens, pozwoliła im bowiem opuścić strefę spadkową. Jeśli w niedzielę pokonają Backburn, wejdą w nowy rok w dobrych nastrojach.
Żadnych problemów z pokonaniem Boltonu nie miał Liverpool. Po zwycięstwie Chelsea nad West Bromwich The Reds musieli wygrać, aby obronić pozycję lidera. Swój plan wykonali wzorowo i podopieczni Megsona wyjechali z Anfield z trzybramkową zaliczką. Pierwszego gola zdobył skrzydłowy Albert Riera, który wykorzystał świetne dośrodkowanie Gerrarda z rzutu rożnego. Utrata gola nie zmobilizowała piłkarzy Boltonu i nadal bronili się za podwójną gardą na własnej połowie. Efektem takiej postawy były kolejne szanse Kuyta i Benayouna dla Liverpoolu.
Gary Megson dokonał w przerwie jednej zmiany i za Samuela wszedł Davies. Nie zmieniło to jednak obrazu gry. Bolton grał dalej bardzo pasywnie i nie stwarzał sobie praktycznie żadnych okazji do zmiany rezultatu. Świetną partię rozegrał za to krytykowany ostatnio Robie Keane, który zdobył kolejne dwie bramki dla The Reds. Irlandczyk potrzebował zaledwie sześciu minut, aby rozstrzygnąć losy spotkania i w bardzo przytomny sposób wykorzystał podania, najpierw Gerrarda i później Benayouna. W 66. minucie na boisku pojawił się Euzebiusz Smolarek, jednak ani on, ani jego koledzy nie byli w stanie odwrócić wydarzeń na boisku. Liverpool mógł wygrać nawet wyżej, ale fantastyczną okazję zmarnował w ostatniej minucie młody napastnik The Reds, N’Gog. Po jego akcji sędzia zakończył spotkanie. Tym samym w 2008 roku nie znalazł się nikt, kto pokonałby w Premier League piłkarzy Beniteza na ich własnym stadionie.










