Dobry sezon Premier League świetnie odwzorował układ sił w lidze. Wygrali najlepsi, naciskani przez prawie najlepszych. Zobaczyliśmy też grupę pościgową do „Wielkiej Czwórki” w postaci Aston Villi i Evertonu. Byliśmy także świadkami wielkich dramatów, gdy tak wielkie firmy jak Newcastle i Middlesbrough zostały zdegradowane. Ergo: wreszcie było ciekawie.
„Czerwone Diabły” obroniły tytuł, gdyż w najważniejszych momentach potrafiły zagrać po mistrzowsku, bez zbędnych ceregieli kolekcjonowali punkty i praktycznie do końca utrzymywali bezpieczną przewagę nad drugim Liverpoolem. I właśnie „The Reds” są wielkim zaskoczeniem in plus w tym sezonie. Podopieczni Rafy Beniteza włączyli się do walki o tytuł i byli jedyną drużyną w lidze, która mogła zagrozić liderowi. Dzięki temu sezon w Premiership wreszcie był jako tako ciekawy, a walka o pierwsze miejsce nie była rozstrzygnięta już w okolicach marca.
Do tego ekipa z miasta Beatlesów zaskoczyła wszystkim wielką skutecznością. „The Reds” strzelali aż miło – i to bez znaczenia na rozgrywki, a także na rywali. To im udało się zatopić Manchester United na Old Trafford, aplikując graczom Fergusona aż cztery gole. Właśnie od tego spotkania rozpoczął się wielki pościg Liverpoolu, który jednak nie zakończył się sukcesem, bowiem w decydujących momentach „Diabły” pokazały charakter, który pozwala im na grę w Manchesterze. Mowa tutaj o spotkaniu z Aston Villą wygranym 3:2 dzięki bramce w ostatnich sekundach Federico Machedy oraz o spotkaniu z Tottenhamem, gdzie dzięki decyzji sędziego podopieczni sir Alexa zdołali przypieczętować swój trzeci tytuł z rzędu.
Ochotę na sukcesy miał także Roman Abramowicz, który zamiast inwestować w zawodników, postanowił kupić trenera – Felipe Scolariego. Przez jakiś czas Brazylijczyk zdawał egzamin, pod jego skrzydłami odrodził się Nicolas Anelka, późniejszy król strzelców ligi, Deco; dopóki nie złapał kontuzji, był bardzo produktywny dla „The Blues”. Z czasem jednak niebieska maszynka psuła się, zgrzyty powodował głównie manager, a kulminacją okazało się spotkanie na Old Trafford, gdzie Chelsea była kompletnie bezsilna. Scolari „poleciał” ze stanowiska, a Romanowi udało się uprosić swojego przyjaciela, Guusa Hiddinka, by chociaż do końca sezonu pokierował drużyną. Podziałało, Holender, czego się nie podejmie, zawsze odnosi sukcesy. Żeby zdobyć mistrzostwo, strata była już wprawdzie za duża, ale udało się zgarnąć Puchar Anglii. Chelsea grała dobrze, skutecznie, jej gra mogła się podobać. Drogba świetnie współpracował z Anelką, który przestał narzekać na grę na skrzydle. Wspomagał ich Florent Malouda, u Scolariego tylko rezerwowy. Wystarczyło to wszystko tylko na trzecie miejsce, ale Hiddink został zapamiętany przez fanów, którzy mogą tylko żałować, że selekcjoner Rosji nie pokierował ich drużyną przez cały sezon.
Znowu na końcu „Wielkiej Czwórki” wypadł Arsenal. Wenger brnął w swoją filozofię młodych zawodników jeszcze bardziej, zaskakując czasami 16-letnim Jackiem Wilsherem czy niewiele starszym Aaronem Ramseyem. „Kanonierzy” cały czas grali pięknie, ale coraz częściej bez pomysłu, akcje budowane były w ślamazarnym tempie, a liczne okazje niewykorzystywane. Kontuzje trapiły drużynę przez cały sezon, sam Fabregas wypadł na trzy miesiące, Robin van Persie miał problemy średnio co dwa tygodnie. W zimie przyszedł Arszawin i pomógł drużynie, ale czwarte miejsce to naprawdę szczyt możliwości ekipy Wengera. Emiratem Stadium powinno mieć wielki szyld „może w przyszłym sezonie”.










