Dwudziestą kolejkę Premiership kończyło spotkanie na KC Stadium, gdzie gospodarze podejmowali Aston Villę. Dla obu ekip było to bardzo ważny mecz. The Villans chcieli utrzymać trzypunktową przewagę nad Arsenalem, natomiast podopieczni Phila Browna marzyli o zamazaniu złego wrażenia po dwóch kompromitujących przegranych z Sunderlandem i Manchesterem City.
Przed sezonem mało kto stawiał na tak olbrzymi progres podopiecznych Martina O’Neilla. W tej chwili w obozie The Villans nikt już nie mówi o innym celu, jak zajęcie na koniec sezonu miejsca w pierwszej czwórce, dającej awans do elitarnej Champions League. Piłkarze szkockiego managera wykonują plan wzorowo i aby utrzymać przewagę nad resztą stawki, potrzebowali we wtorkowy wieczór pokonać popularne „Tygrysy”.
Identycznym zaskoczeniem jest postawa w rozgrywkach drużyny z Hull. Beniaminek gra bez żadnych kompleksów i zespół skazany na spadek zaskakuje raz po raz, odbierając punkty najlepszym. Ostatniego okresu piłkarze Phila Browna nie mogą zaliczyć jednak do udanych i po dwóch kolejnych porażkach drużyna spadła na ósme miejsce w tabeli. Wygrana z Aston Villą na pewno poprawiłaby morale w szatni, stąd opiekun The Tigers podszedł do tego spotkania w szczególny sposób.
Na murawę KC Stadium piłkarze Hull City wyszli w kompletnie innym składzie niż w zeszłej kolejce. Brown, w porównaniu do zestawienia z meczu z Manchesterem City, przeprowadził aż pięć zmian. Na boisku pojawili się Sam Ricketts, Richard Garcia, Nicky Barmby, Peter Halmosi i Daniel Cousin w miejsce Marlona Kinga, George’a Boatenga, Deana Marney’a, Geovanniego i Deana Windybuma. Z kolei Martin O’Neill posłał do boju identyczną jedenastkę jak w meczu z Arsenalem.
Pierwsza połowa spotkania kompletnie rozczarowała. The Villans grali w typowy dla siebie sposób, wolno budując każdą akcję i czekając na błędy rywala lub szanse do kontry. Natomiast po grze Hull widać było, jak duże piętno na zawodnikach gospodarzy pozostawiły dwie ostatnie porażki. Podopieczni Browna grali bardzo ostrożnie, bardziej starając się nie stracić bramki niż ją zdobyć. Jedyną wartą uwagi akcją był groźny, lecz niecelny strzał Curtisa Daviesa na bramkę… Brata Friedela. Obrońca gości, po dośrodkowaniu Iana Ashbee’go, próbował wybić piłkę na rzut rożny, lecz o mało nie wpakował jej do własnej siatki.
W drugiej odsłonie gra wyglądała identycznie jak w pierwszej. Trenerzy wychodzili chyba z założenia, że wszystko jest w porządku, bo nie przeprowadzali przez długi okres żadnych zmian. Kolejny raz okazało się jednak, jak prawdziwe są statystyki. The Villans są jedną z najlepiej grających drużyn na wyjazdach, z kolei gospodarze zdobyli na własnym stadionie zaledwie 11 z możliwych 27 punktów. Fakty te w końcu znalazły przełożenie na wydarzenia boiskowe, choć trzeba przyznać, że zwycięstwo gości było kompletnie przypadkowe. Na dwie minuty przed końcem Ashley Young posłał piłkę w pole karne gospodarzy, gdzie do własnej bramki wpakował ją pechowo interweniujący Kamil Zayatte.
Tym samym Hull City przegrało swój trzeci mecz z rzędu i piłkarze Phila Browna wchodzą w nowy rok w naprawdę złych humorach. Z kolei Aston Villa minimalnym kosztem utrzymała swoją trzypunktową przewagę nad Kanonierami i jest jednym z faworytów do zajęcia miejsca w pierwszej czwórce.










