Niedzielne mecze szesnastej kolejki stały pod znakiem spotkań ważnych dla układu tabeli. Dla każdej z czterech drużyn trzy punkty były na wagę złota. Tak więc zarówno na The Hawthorns, jak i na Goodison Park, można było kalkulować walkę o każdy centymetr boiska.
Pierwszy dzwonek ostrzegawczy zabrzmiał przede wszystkim dla podopiecznych Tony’ego Mowbray’a. Jeśli West Bromwich Albion ma utrzymać się w lidze, przyszedł najwyższy czas, aby zespół zaczął wygrywać mecze, szczególnie te na własnym stadionie. Manager gospodarzy obiecywał przed spotkaniem z Portsmouth, że jego piłkarze są wystarczająco zdeterminowani, aby pokonać swojego rywala i opuścić ostatnie miejsce w tabeli.
Inne cele wyznaczyli sobie przez sezonem właściciele The Pompeys. Portsmouth ma powtórzyć ligowy wynik z poprzedniego sezonu, czyli zająć miejsce w pierwszej ósemce tabeli Premier League. Obecne siódme miejsce w pełni oddaje możliwości drużyny Tony’ego Adamsa, jednak w środku stawki jest tak duży ścisk, że przed meczem z ostatnią drużyną w tabeli mieli oni zaledwie cztery punkty przewagi nad piętnastym West Ham United.
Zgodnie z zapowiedziami Tony’ego Mowbray’a, na The Hawthorns to jego podopieczni ruszyli do zdecydowanych ataków, osiągając w pierwszej połowie lekką przewagę. Piłkarze Portsmouth grali cofnięci na własnej połowie, ograniczając się tylko do gry z kontry. Efektem takiej postawy było kilka sytuacji dla gospodarzy, z których jedna zakończyła się zdobyciem bramki. W 39. minucie Sol Campbell faulował przed polem karnym napastnika gospodarzy, Ishmaela Millera. Rzut wolny wykonywał Chris Brunt, a jego strzał na bramkę odbił się jeszcze po drodze od Jonathana Greeninga i piłka wpadła do siatki obok zdezorientowanego Jamesa. Prowadzenie West Bromwich mogło być jeszcze wyższe, ale gospodarze nie wykorzystali doskonałej okazji po fatalnym zagraniu Seana Davisa z dwudziestej czwartej minuty. Tak więc do przerwy skromne, ale zdecydowanie zasłużone prowadzenie The Baggies.
Tony Adams już w przerwie zareagował na taki obrót sytuacji i od początku drugiej połowy desygnował do gry Glena Little w miejsce kompletnie bezproduktywnego Belhadjiego. Ciężko powiedzieć, aby to właśnie ta zmiana miała duży wpływ na postawę gości w drugiej połowie, jednak faktem jest, że wyrównali oni stan rywalizacji. W 58. minucie po dwójkowej akcji Diopa z Davisem ten drugi podał do Petera Croucha. Rosły napastnik nie zastanawiał się długo i kapitalnym strzałem z dwudziestu pięciu metrów pokonał Scotta Carsona. To była jedna z niewielu akcji gości w tym meczu. Piłkarze West Bromwich niezrażeni utratą bramki atakowali nadal, jednak pomimo kilku dogodnych sytuacji oraz zwiększenia siły ofensywnej wprowadzeniem Romana Bednara i Luke’a Moore’a, wynik spotkania nie uległ już zmianie. Jeżeli na koniec sezonu zawodnikom WBA zabraknie dwóch punktów do utrzymania, na długo zapamiętają ten mecz. Zamiast trzech pewnych oczek, na swoje konto zapisują dziś zaledwie jedno.
W drugim niedzielnym spotkaniu na Goodison Park Everton podejmował Aston Villę. Oba zespoły walczą w tym sezonie o czołowe lokaty w Premiership, tak więc przed pierwszym gwizdkiem można się było spodziewać niezwykle atrakcyjnego widowiska. W przedmeczowych analizach ciężko było wskazać stuprocentowego faworyta. Minimalnie większe szanse na zwycięstwo mieli piłkarze szkockiego managera Martina O’Neilla, gdyż siła ofensywna gospodarzy została mocno ograniczona przez kontuzje. Wiadomo było, że w barwach Evertonu nie zagrają najlepsi napastnicy: Yakubu oraz Saha. Ten pierwszy będzie zresztą pauzował aż dziewięć miesięcy, tak więc kibice The Toffees muszą się na dłużej przyzwyczaić do nieobecności swojego ulubieńca.









