Derby Liverpoolu nr 209 zakończyły dziś 22. kolejkę Premiership. Zapowiadało się bardzo ciekawe spotkanie, dwóch silnych drużyn. Everton przed derbowym pojedynkiem zajmował w tabeli szóstą pozycję, zaś „The Reds” drugą.
Oba zespoły radzą sobie ostatnio w lidze bardzo dobrze. „The Toffees” wygrali trzy mecze z rzędu nie tracąc bramki, a „The Reds” nie przegrali żadnego ligowego meczu od początku listopada. Podopieczni Rafy Beniteza muszą zrewanżować się kibicom za ostatni słaby występ na Brittannia Stadium przeciwko Stoke, ich strzelecka niemoc spowodowała, że mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Stawką dzisiejszego meczu dla gospodarzy jest powrót po krótkiej absencji na fotel lidera Premiership. Jak twierdzą najbardziej zagorzali fanatycy brytyjskiej piłki, derby Merseyside są najbardziej emocjonującym tego typu spotkaniem na Wyspach. Do tej pory w konfrontacjach obydwu zespołów znacznie lepsi byli piłkarze z Anfield, jednak wielu kibiców Liverpoolu podkreśla, że dziś drużyna Evertonu to zupełnie inny team niż ten, któremu we wrześniu Fernando Torres zaaplikował dwa gole na Goodison Park.
Liverpool przed spotkaniem na Anfield Road był w lepszej sytuacji „kadrowej”, do składu wrócili wszyscy kontuzjowani zawodnicy oprócz Aggera. W składzie Evertonu zabrakło Vaughana, Yakubu, Sahy, oraz zawieszonego za kartki Fellainiego.
Wyjściowe Składy:
Liverpool: Reina, Caragher, Hyypia, Skrtel, Aurelio, Kuyt, Gerrard, Alonso, Riera, Keane, Torres.
Everton: Howard, Hibbert, Lescott, Jagielka, Baines, Osman, Arteta, Neville, Pienaar, Cahill, Anichebe.
Pierwsza połowa zapewne nie spełniła nadziei kibiców zebranych na Anfield Road. „Żółwie tempo” i tenisowe przerzuty piłki z połowy na połowę, tak można niemal w pełni zobrazować pierwsze 45 minut. Z dobrej strony pokazał się Fernando Torres, wracający do pełni formy po urazie. Hiszpan kilka razy zagroził bramce Tima Howarda. W 29. minucie „El Nino” zmarnował znakomitą sytuację, gdy wbiegł między dwóch obrońców gości, a piłka po jego strzale odbiła się od słupka. W ekipie Davida Moyesa najlepiej spisywał się Tim Cahill, który jako jedyny piłkarz Evertonu był w stanie zagrozić bramce strzeżonej przez Jose Reine. Słabo mecz rozpoczął Albert Riera. Skrzydłowy „The Reds” tracił wiele piłek i niedokładnie dogrywał do partnerów. Początkowe dwa kwadranse w jego wykonaniu były bardzo słabe, potem grał nieco lepiej. Pierwsza część gry to zatem słynna derbowa „kopanina”, na przerwę żaden zespół nie schodził z jakąkolwiek, nawet mentalną przewagą.
Podczas gdy trenerzy przedstawiali swoim podopiecznym taktykę na drugie czterdzieści pięć minut, nad Anfield Road rozpętała się solidna ulewa. Padający deszcz ze śniegiem nie ułatwił piłkarzom gry, w wyniku czego dochodziło do łatwych strat i niecelnych podań. W drugiej połowie przypomniał o sobie Steven Gerrard. Kapitan gospodarzy najpierw w 56. minucie grożnym strzałem z 15 metrów „postraszył” Howarda, by trzynaście minut później zwieńczyć wspaniałą kontrę i uderzeniem w swoim stylu, z trzydziestu metrów otworzyć wynik spotkania. Everton po bramce zaczął się gubić, niepotrzebny stres wdarł się w poczynania „The Toffees”, a Liverpool spokojnie kontrolował grę. Zrezygnowani piłkarze gości nie mogli znaleźć sposobu na przełamanie solidnej obrony gospodarzy. Pod koniec Arteta i Osman próbowali zagrozić bramce Liverpoolu, ale z ich pojedynków z Reiną, ten ostatni wychodził obronną ręką. Wszystko wskazywało na to, że przyjezdni nie zdołają już dziś nic zdziałać, jednak ostatnie pięć minut spotkania to świetna końcówka podopiecznych Davida Moyesa. Everton zepchnął rywali na własne pole karne, co musiało zakończyć się bramką dla gości. Do wyrównania doszło w 88. minucie, mocny strzał Artety i tuż przed bramką sprytne zbicie głową Cahilla dały „The Toffees” upragniony remis.










