Pierwsze cztery spotkania inaugurujące osiemnastą kolejkę Premiership były niezwykle emocjonujące, szczególnie dla kibiców, którzy mogli obejrzeć aż 14 bramek! Wysoka średnia prawie czterech goli na mecz dziwi tym bardziej, że nie grał jeszcze żaden zespół „wielkiej czwórki”. Piąty mecz na Upton Park, mimo mniejszej liczby goli, równie ciekawy.
W środku tygodnia do klubu z Blackburn przybył „wybawiciel”. Człowiek, który przerwał swój trwający już prawie rok urlop, aby pomóc klubowi z Ewood Park utrzymać się w lidze. Wygląda na to, że Sam Allardyce zdołał bardzo szybko trafić do zawodników i odpowiednio zmotywować ich na spotkanie ze Stoke. Blackburn pokonało u siebie beniaminka 3:0, a przecież przed tym pojedynkiem nie było nawet faworytem. Duży wkład w wygraną miał Benny McCarthy, który pokonał bramkarza gości dwukrotnie, trzecie trafienie dołożył Jason Roberts. Gospodarze wynik spotkania ustalili już w 27. minucie, potem grali konsekwentnie i nie dali sobie strzelić ani jednej bramki, co w tym sezonie akurat dla piłkarzy Blackburn to nie lada sukces. Dzisiejsza wygrana ze Stoke nie sprawi jeszcze, że Blackburn opuści strefę spadkową, ale na pewno da nadzieję na „lepsze jutro” dla Rovers.
Na Craven Cottage Fulham podejmowało Middlesbrough. Fulham spisuje się jak na razie w lidze nadzwyczaj dobrze. Dowodem tego jest fakt, że „The Cottagers” nie przegrali w lidze od sześciu spotkań i plasują się na dziesiątym miejscu w tabeli. O ile remis ze Stoke czy wygrana z Newcastle to nic wielkiego, tak zatrzymanie Liverpoolu i Aston Villi na ich własnych stadionach to już spory wyczyn. Piłkarze Fulham nie grają zbyt efektownie, do tej pory w szesnastu meczach zdobyli jedynie trzynaście goli, lecz zaraz po Chelsea i Liverpoolu posiadają najlepszą obronę w lidze, która dała się pokonać dotychczas tylko dwanaście razy. Dziś piłkarze Middlesbrough w Londynie nie mieli nic do powiedzenia. Fulham puściło przyjezdnych z kwitkiem, pakując im na drogę trzy bramki. Strzelanie w 41. minucie rozpoczął Jimmy Bullard, potem w 54. minucie z karnego podwyższył Murphy, a pięć minut później zwycięstwo przypieczętował Clint Dempsey. Trener zwycięzców, Roy Hodgson, musi być bardzo zadowolony z takiego rezultatu, Middlesbrough przyjechali po co najmniej jeden punkt.
Kibice na KC Stadium mieli zobaczyć dziś arcyciekawy mecz między Hull a Sunderlandem. Obydwie drużyny w ostatniej kolejce zaliczyły udane spotkania. Hull zremisowało z liderującym Liverpoolem 2:2, zaś Sunderland wysoko pokonał West Bromwich Albion 4:0. Taki rezultat rokował wielkie nadzieje w szeregach gości, którzy przyjechali powalczyć z rewelacyjnym beniaminkiem o pełną pulę pod wodzą tymczasowego trenera, Ricky’ego Sbragii. Jak się okazało już w 10. minucie, Sbragia przygotował swój zespół doskonale do tej potyczki. Świetna akcja lewą stroną boiska, Collins podaje do Malbranque’a, ten przepięknym strzałem pokonuje bezradnego Boaza Myhilla. W 19. minucie „Tygrysy” wyrównały za sprawą Nicka Barmby’ego i remis zdawał się być sprawiedliwym wynikiem dla obu ekip. Piłkarze Phila Browna ambitnie atakowali bramkę przyjezdnych w drugiej połowie i to zmotywowało przyjezdnych do „wyciśnięcia” z siebie jeszcze więcej energii. W efekcie Sunderland objął prowadzenie. Bramkę na 2:1 dla gości zdobył „świeżo upieczony” kapitan „Czarnych kotów” i były piłkarz Man U, Kieran Richardson. Przy jego strzale znów Myhill nie miał szans na skuteczną interwencję, gdyż piłka po mocnym strzale odbiła się jeszcze od nogi Kamila Zayatte i kompletnie zmieniła kierunek lotu. Być może gospodarzom udałoby się jeszcze uratować remis, gdyby nie czerwona kartka dla Sama Rickettsa dwie minuty później. Grający w dziesiątkę piłkarze Hull nie zdołali wyrównać, a co gorsza stracili jeszcze dwie kolejne bramki za sprawą Jonesa i Cisse. Mało kto spodziewał się, że Sunderland tak „rozgromi” Hull. Ricky Sbragia ma szanse wierzyć w to, iż w roli szkoleniowca „Czarnych kotów” pozostanie nieco dłużej niż zakładano.










